Chemicznie sterowani

Michael Morgenstern

Czy w przyszłości będziemy sterować swoimi talentami, nastrojami, a nawet marzeniami? Neurofarmakologia da nam leki, które pomogą na pamięć, złe wspomnienia, cierpienie. Cud? Francis Fukuyama, filozof, ostrzega: bierzemy antydepresanty, zamiast pracować nad sobą, zmieniać swoje życie. Co więc robić, gdy na złe samopoczucie dostajemy tabletki? Brać czy nie – odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

reklama



Fukuyama w książce „Koniec człowieka” pisze, że lekarze już nas nie leczą, ale poprawiają nam nastrój. Może to przesada, ale kiedy policzyłam, ilu znajomych bierze lub brało leki antydepresyjne, antylękowe, nasenne, przeraziłam się. Czy im wszystkim były one niezbędne?

Są dwa rodzaje leczenia: objawowe i przyczynowe. Leczenie objawowe można porównać do sytuacji, gdy w samochodzie zapali się lampka alarmująca, że coś złego dzieje się z silnikiem, a my, zamiast jechać do warsztatu, wykręcamy ją. Niestety, coraz częściej postępujemy tak w obliczu cierpienia psychicznego czy duchowego. Łudzimy się, że likwidując chemicznie objawy, rozwiązujemy problem. Tymczasem znika tylko sygnał konieczności udania się do warsztatu, czyli na przykład na psychoterapię, by tam sięgnąć do przyczyn cierpienia. Ale skoro dzięki lekom: lepiej śpimy, nie odczuwamy smutku, nie mamy natrętnych myśli, nie irytujemy się – to po co mamy się trudzić? W ten sposób leczenie objawowe zmusza organizm do poszukania innego sposobu powiadomienia świadomości, że coś z nami i z naszym życiem nie tak. A więc wytworzy się nowy, dokuczliwszy objaw. Gdy i wtedy poprzestaniemy na leczeniu objawu, doprowadzimy się do zdrowotnej katastrofy.

Ale jest wiele historii ilustrujących, jak leki poprawiają życie. Jedną z nich przytacza Fukuyama. Mówi o kobiecie, która dzięki prozacowi wyszła z depresji, zmieniła pracę, znalazła partnera, zyskała przyjaciół i szacunek do siebie.

Uśmierzanie lekami objawów utraty równowagi psychicznej (nerwicowych bóli, lęków) może zapoczątkować wyzdrowienie. Jeśli np. cierpiąca z powodu braku miłości kobieta ma tak silne weekendowe migreny, że nie może wyjść z domu, to gdy uda się te migreny wyciszyć, będzie mogła iść na spacer i spotkać kogoś, kogo z wzajemnością pokocha. Usunięcie objawu otworzy drogę do usunięcia przyczyny jej cierpienia. Przypadek może tak sprawić – ale tylko wtedy, gdy migrena nie jest przejawem konfliktu wewnętrznego wynikającego z niemożliwej do zaakceptowania przez nią sytuacji życiowej. Katastrofa, o której mówię, polega na tym, że gdy leczenie objawowe staje się podstawową metodą terapii nerwic i nastroju, nie szukamy już przyczyn psychicznego, egzystencjalnego cierpienia. Tracimy potrzebę autorefleksji, motywację do przeprowadzenia w naszym życiu czy w przekonaniach zmian niezbędnych dla poczucia spełnienia, spokoju, szczęścia.

O takich skutkach ubocznych nikt nie mówi. Słyszymy tylko, że po dwóch tygodniach zażywania leku będzie świetnie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »