NIEśmiertelni z urodzenia

Transhumanizm to idea, w myśl której ewolucja człowieka i rozwój technologii będą się coraz silniej splatać, aż w końcu powstanie nowy człowiek ulepszony o technologie. Przyszłość stawia trudne pytania. O wyzwaniach ery transhumanizmu będziemy rozmawiać w nowym cyklu z psychoterapeutą Wojciechem Eichelbergerem.
– Marzenie człowieka o nieśmiertelności może niedługo spełnić się dzięki dygitalizacji umysłu. Umysł i świadomość mają zostać sprowadzone do informacji i przepisane na nośnik niebiologiczny. To jedna z wizji transhumanistów. Życie po życiu mamy wieść jako cyfrowe impulsy w sieci. Ale co z naszą duchowością? Czy warto się na taką nieśmiertelność godzić?

reklama

– Mamy kłopot z nieśmiertelnością, bo nieśmiertelność, jakiej chcemy, ma formę zindywidualizowaną. To nasze ja chce przetrwać jako określona osoba, która ma imię i nazwisko, własną biografię, jakieś przekonania, mniejszy lub większy chaos myśli, jakieś niezrealizowane i zrealizowane dążenia, spełnione i niespełnione potrzeby oraz określony krąg krewnych i znajomych. Nasze ego w paroksyzmie samozachwytu cały ten galimatias uznaje za coś tak niesłychanie cennego, że koniecznie chce to – czyli samego siebie – po wsze czasy uwiecznić. Śmieszne, straszne i żenujące.

– Nie dla wszystkich. Czy nie po to właśnie stawiamy na cywilizację techniczną, aby uniezależnić się od nietrwałego ciała i uciec śmierci, choćby w formie zdygitalizowanej?

– Próbujemy zamrażać nasze martwe ciała w ciekłym azocie, organizować różne części zapasowe czy dygitalizować. Ale wszystko to ignoruje przekaz, jaki od niepamiętnych czasów mają dla nas religie. Chrześcijaństwo mówi na przykład, że nieśmiertelność możliwa jest tylko w Bogu/Chrystusie. Hinduizm pozornie obiecuje nieśmiertelność indywidualną. Idea reinkarnacji jako wiecznej wędrówki dusz to nieśmiertelność dla tych, którzy nie doczytali do końca. Bo tylko te dusze wędrują, błąkają się po różnych ciałach, które jeszcze nie osiągnęły doskonałości, nie zrozumiały, kim są. Więc wracają do ziemskiego czyśćca i uczą się dalej, by głębiej poznać istotę rzeczy, istotę samej siebie. Ale jak im się to uda, w stanie nirwany połączą się z absolutnym bytem i potrzeba wcielania się w nich zaniknie. Czyli tu też mamy nieśmiertelność w Bogu. W buddyzmie mówi się, że energia naszego życia, karma, w momencie śmierci może być przekazywana dalej, jeśli nie została przez praktykę duchową wyzerowana. Czyli może się zdarzyć, że nasze niespełnione potrzeby, iluzje, nierozwiązane sprawy, połamane serca, cały ten bagaż egotycznych emocji, myśli i potrzeb zostanie przekazany dalej. Ale też nie w formie określonej, podpisanej duszy, lecz w formie energii. Ten proces jest też procesem doskonalenia się. Ustaje, kiedy ta coraz czystsza w miarę kolejnych odrodzeń energia osiąga stan nirwany, czyli wolny od wszelkich przywiązań, potrzeb i zamiarów stan zjednoczenia z Prawdziwą Naturą. Z tego punktu widzenia obiecywana nam nieśmiertelność w formie ego czy nawet duszy naznaczonej indywidualnością to nonsens. Taką pozorną nieśmiertelność słusznie nazywa się paktowaniem z diabłem. Chrześcijański czyściec i piekło to – podobnie jak w hinduizmie i buddyzmie – jedynie etapy wędrówki zabłąkanych dusz ku prawdziwej nieśmiertelności, czyli całkowitemu pojednaniu z tym, co nieporadnie nazywamy m.in. Bogiem.

– Ale tak rozumiana nieśmiertelność zakłada rezygnację z ja.

– Aby się pojednać z Drogą, Prawdą i Życiem, nie możemy już dłużej wydawać się sobie kimś, kto idzie po tej Drodze, szuka Prawdy i staje się Życiem. Pojednanie to pojednanie, a nie posiadanie. A my, ludzie, na ogół chcemy zjeść ciastko i mieć ciastko. Ale można powiedzieć, że każda fala wie, że w istocie jest morzem i że zawsze była i będzie morzem. A więc nawet jak znika, to jest. I to jest ta nieśmiertelność, którą obiecują nam religie. Nieśmiertelność morza, z którego rodzą się i w którym znikają wszystkie fale.

– Transhumaniści proponują unowocześniony wariant tej idei: nieśmiertelność zapisu cyfrowego w stosunku do nieśmiertelności sieci.

– Niestety, nic z tego, bo w koncepcji dygitalizacji treści umysłu pojawia się egoistyczne pragnienie, żeby utrwalić siebie, ponieważ całkowicie utożsamiamy się z tym, co przeżywamy jako ja i co zmagazynowaliśmy w jego pamięci. Dlatego ulegamy złudzeniu, że poza ja nie ma nic. To złudzenie przekracza się w różnego rodzaju praktykach duchowych, podczas których ludzie doświadczają stanów poza ego. I wówczas dopiero opuszcza nas obłędne pragnienie nieśmiertelności ja.

– To duchowa recepta na lęk przed śmiercią.

– Wiadomo, że ciało i każda forma, jaka się pojawia na tym świecie, wcześniej czy później zanika i powraca do stanu elementarnego. Stąd nader trafna obserwacja: „z prochu powstałeś, w proch się obrócisz”. Z naszym ciałem musi się też to wydarzyć. To nieuchronne. Dlatego zawsze zastanawiałem się nad chrześcijańską obietnicą zmartwychwstania ciała. Z punktu widzenia biologii i cytowanych wyżej mistycznych przekazów religijnych to oczywiste, że ciała wciąż się odradzają. Ale obiecywanie komuś, że to konkretnie żyjące, opatrzone imieniem i nazwiskiem ciało ma kiedyś w nagrodę za dobre sprawowanie powstać z grobu, jest niezrozumiałe i przerażające.

– A może technika, choćby poprzez dygitalizację umysłu, da nam to, czego religie i praktyka duchowa dać nie mogą, właśnie nieśmiertelność każdego konkretnego człowieka. Dlatego w nią inwestujemy, bo naszym celem – jako ludzkości – jest znaleźć wiecznotrwałe opakowanie na nasze ja.

– Zastanówmy się nad dygitalizacją umysłu. Jeśli uczciwie mu się przyjrzymy, to stwierdzimy, że tego, co w naszym umyśle najcenniejsze, nie możemy przypisać sobie. Gdy np. zrobimy coś nadzwyczajnego dzięki talentowi i natchnieniu, wtedy intuicyjnie wiemy, że to nie sobie możemy przypisać zasługę. Carl Gustav Jung nazwał to źródło podświadomością zbiorową. Teraz pod wpływem odkryć fizyki kwantowej mówi się o świadomości jako o hologramie. Taki Prawdziwy Umysł w hinduizmie i buddyzmie porównuje się do zbioru miliarda luster, z których każde odbija się w każdym. W takim zbiorze zasada hologramu przejawia się w tym, że jeśli jednemu z luster coś się przydarzy, np. narysujemy na nim jakiś znak, to we wszystkich pozostałych prawie natychmiast (z prędkością światła) on się odbije. Jeśli zmienia się pojedynczy element tej struktury, to jednocześnie zmienia się całość, a jak zmienia się całość, to zmienia się każdy fragment. Czyli każde lustro wie wszystko o innych lustrach.

– Sieć połączonych luster jest jak komputery połączone siecią Internetu.

– Internet jest już teraz nieco przerażającym zapisem zdygitalizowanego, zbiorowego ego ludzkości. Jest tam wszystko, co się we współczesnym ludzkim umyśle lęgnie – i to, co najpiękniejsze i najwznioślejsze, i to, co najbardziej odrażające i podłe. Więc po co jeszcze dygitalizować każdego osobno, skoro już istnieje taka baza danych? Jeśli Facebook będzie się dalej rozrastać z taką szybkością i otworzy się całkowicie, to każdy, kto jest w Facebooku, będzie miał na swojej liście wszystkich pozostałych ludzi, a każdy z nich będzie na liście wszystkich innych. Wtedy cokolwiek zostanie wpuszczone do Facebooka, od razu trafi do wszystkich ludzi na świecie.

– To już wydaje się całkiem podobne do idei umysłu jako miliona luster.

– Tylko powierzchownie, bo model miliardów widzących się luster odnosi się do Prawdziwego Umysłu, czyli umysłu nienaznaczonego oddzielonym ego. Natomiast na Facebooku jest odwrotnie, tam każde ego chce zaistnieć i konkurować z innymi. W cyberprzestrzeni niesie się jeden wielki krzyk: ja, ja, ja, patrzcie na mnie, słuchajcie mnie! W mgnieniu oka możemy stać się nieśmiertelni, jeśli tylko zdamy sobie sprawę z tego, że prawdziwa istota naszego umysłu zawiera wszystkie tożsamości, jakie kiedykolwiek istniały na tej planecie, że w każdej chwili wszystko odbija się we wszystkim. Czy w takiej sytuacji lansowanie siebie, szkodzenie innym, rywalizacja i nienawiść mają jakikolwiek sens? W takim rozumieniu Prawdziwego Umysłu, gdy zaszkodzimy sobie, to szkodzimy innym, jeśli szkodzimy innym, to szkodzimy sobie, a dygitalizacja staje się niepotrzebna. Choć rozumiem, że ci spośród nas, którzy nie przeczuwają nawet, kim naprawdę są, czym jest ich świadomość, będą nadal dążyć do tego, żeby zdygitalizować swój egotyczny umysł. I to się już w pewnym sensie dzieje, jeśli założyć, że to, co jest zapisane w cyberprzestrzeni, nigdy nie ginie.

– Dopóki działają serwery i jest prąd. Ale czy można będzie kiedykolwiek człowieka przepisać, zdygitalizować, czy składamy się tylko z informacji? A gdzie dusza?

– Wyobraź sobie, że przepiszesz się w Internet, że masz nawet miliard znajomych, i umierasz. Co wtedy? Jaką znajdujesz w tym pociechę, że jesteś przepisana w Internecie?

– Niewielką, bo to nie ja.

– I o to chodzi. To, co w Internecie, to nie ty, tam może być zapisana jedynie treść, produkcja twojego egocentrycznego umysłu. Człowieka nie da się przepisać, bo jest jednocześnie częścią i całością. Nie tylko treścią umysłu, wyobrażeniami, potrzebami, przekonaniami, emocjami itd. Istota człowieka leży głębiej czy też ponad. Jest nią to, co generuje treść jego umysłu. Każda forma, jaką rzutujemy z projektora, aby mogła zaistnieć, wymaga czystego ekranu. Wiemy też, że światło jest tą czystą formą, która rodzi i niesie każdą informację, każdy obraz. Wszystkie nasze umysły, twój, mój, wszystkich ludzi i wszystkich czytelników, którzy w tej chwili czytają ten tekst, są jak projektory zasilane z jednego źródła, tym samym światłem. Oczywiście, w zależności od tego, co mamy nagrywane na klisze w naszym umyśle, taki świat nam się wyświetla. Ale nie można mylić tego, co nam się wyświetla, ze światłem. Kiedy odkryjemy, że w istocie jesteśmy tym światłem, potrzeba nieśmiertelności znika. Bo wtedy wiemy, że jesteśmy nieśmiertelni z urodzenia i byliśmy nieśmiertelni, zanim się urodziliśmy. Po prostu nie sposób umrzeć.

– Ale nas jako nas jednak nie będzie.

– Umiera tylko nasza iluzja samych siebie i to jest fenomen, który opisuje tajemnicze zdanie: „jeśli umrzesz, zanim umrzesz, nie umrzesz, gdy umrzesz”. Co to znaczy „umrzeć, zanim umrzesz”? Paradoks. Żeby go zrozumieć, trzeba spytać siebie, co ma umrzeć, zanim umrzemy, abyśmy nie umarli? No właśnie owa iluzja ja jako czegoś niezależnego, niepowtarzalnego. Jeszcze inna metafora: życie jest rwącą rzeką, a nasze indywidualne istnienia to krople deszczu, które wpadają do rzeki. Na chwilę powstaje ślad, złudzenie ego jest tym śladem. Jeśli chcemy koniecznie ten ślad zdygitalizować, zachować na wieczność, to zajmujemy się czymś nieważnym, bo to rzeka jest prawdziwym życiem. Dygitalizacja umysłu to strata czasu, źle ulokowana nadzieja, źle ulokowana wiara. Film „Matrix” stanowi w tej sprawie współczesne memento. Tam prawdziwi ludzie walczą z komputerami, które karmią iluzją mózgi ludzi pozbawionych ciał. Mistyczna perspektywa każe nam szukać prawdziwego życia, a nie jego zdygitalizowanej imitacji.

Wojciech Eichelberger www.ipsi.pl

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »