Quest – etap 4: „Wiara, czyli dostaję od losu najlepsze rozdanie”

Według programu rozwoju wewnętrznego Quest wiara jest kolejną cnotą, którą należy w sobie rozwinąć, by móc realizować plany i marzenia. Czym jest wiara – potrzebna nawet ateistom – jak ją w sobie wzmocnić, wyjaśnia współtwórca Questu Wojciech Eichelberger.
– Łatwo jest wierzyć, kiedy wszystko idzie dobrze. Ale gdy, mówiąc językiem Biblii, Bóg wystawia nas na próbę jak Hioba, nie jest to już takie proste.
– Wydarzeń czy wieści hiobowych możemy się zawsze spodziewać w naszym życiu. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy się ich zawczasu obawiać, myśleć o nich, a tym bardziej wypatrywać. Trzymajmy się zasady – zajmuję się tym, co się teraz naprawdę dzieje. Zajmowanie się tym, co było lub być może będzie, albo tym, co by było gdyby…, sprawi, że staniemy się napięci, zdekoncentrowani i nieuważni. A więc – niezdolni do skutecznego, zgodnego z okolicznościami i konstruktywnego działania tu i teraz. A wtedy sami ściągniemy na siebie trudne konsekwencje naszych zaniechań i zaniedbań.

reklama

– A więc po pierwsze: nie straszmy się.
– Tak abyśmy w sytuacji, gdy coś trudnego się wydarzy, umieli się tym zająć i wiedzieli, co robić. Wtedy najlepiej z wiarą i determinacją nadal zmierzać do celu. Jak żeglarz, który mimo sztormu trzyma kurs i robi wszystko, by nie zgubić kierunku, choć bierze pod uwagę trudne okoliczności i zmienia żagle na mniejsze.

– Czy nasza zdolność do przeciwstawienia się okolicznościom to miara naszej wiary?
– Przeciwstawianie się kończy się na ogół waleniem głową w mur. Miarą naszej wiary jest raczej zdolność do postępowania zgodnego z okolicznościami. Czasami przeszkodę lepiej obejść czy chwilowo zmienić kierunek, by nie walczyć z rzeczami, na które nie mamy wpływu.
Ale ponieważ wiara jest córką wizji, to klarowna wizja kierunku, w którym zmierzamy, świadomość naszej życiowej legendy i misji – zrodzona z właściwego zrozumienia własnych marzeń, snów, tęsknot – stanie się mocnym fundamentem naszej wiary. Wtedy sztormy, mury i przeciwności nie zawrócą nas z drogi.

– Ale czy możemy się pomylić, a nasza wiara zamienić w ośli upór?
– W życiu każdego z nas są pewne ograniczenia. Każdy jest w jakimś stopniu zdeterminowany: płcią, miejscem urodzenia, uzdolnieniami, wyglądem, poziomem sprawności i wydolności organizmu itp. Dobrze jest w porę dostrzec, które bramki w naszym życiu są definitywnie zamknięte, i zamiast tracić czas i energię na walenie głową w mur, wykorzystać te w pełni otwarte.

Na tym etapie wiara jest nam potrzebna, by uwierzyć, że zamknięte bramki odcinają dostęp do tego, co już nie nakarmi i nie rozwinie naszej duszy. Tak więc wierzyć to nie znaczy walić głową w mur, lecz rozegrać rozdanie, jakie dał nam los, najlepiej jak się da. Nie ulec złudzeniu, że jesteśmy jego ofiarą. Przyjąć, że spotyka nas to, co dla nas najwłaściwsze, i starać się wykorzystać cały dostępny nam potencjał.

– Ale my często nie lubimy i nie chcemy uznać żadnych ograniczeń. Kultura konsumpcyjna wmawia nam też, że wszystko jest w zasięgu ręki. Wystarczy chcieć.
– Są ludzie, którzy nie mogą zaakceptować nawet własnej płci i podejmują z nią walkę, wykorzystując zdobycze współczesnej medycyny. Ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie było to możliwe. Więc co wtedy mogli zrobić ci, którzy nie byli w stanie zaakceptować swojej płci? Szukali jakiegoś sposobu na takie życie, jakie im było dane, i zapewne próbowali mimo wszystko realizować swój potencjał. Wiara ma moc przenoszenia nas poza ograniczenia losu, ciała i zdarzeń do sfery, w której potencjał naszego życia, duszy realizuje się mimo to. To wiara we własny los. Jak mówią chrześcijanie – w boski plan. Jeśli tylko nie damy się złapać w pułapkę chciwości lub rozżalenia: „dlaczego inni mają lepiej?”, „dlaczego właśnie mnie to spotkało?” itp., to wiara pozwoli nam w każdej sytuacji znaleźć to, co sprzyja rozwojowi naszego potencjału, naszej duszy.

– A jeśli dochodzi do katastrofy naszych życiowych planów?
– Jeśli mamy w sobie takie kompetencje jak pokora, autonomia i wizja, czyli trzy pierwsze cnoty Questu, to byle przeszkoda nas nie złamie. Ale są też przeszkody nie do pokonania. Na przykład bezpłodność. Współczesna medycyna daje nam w tej sprawie pewne możliwości przekraczania naszego losu, ale z doświadczenia wielu ludzi wiem, że warto przyjąć tutaj zasadę: do trzech razy sztuka. W przeciwnym razie los, nawet jeśli ustąpi w sprawie bezpłodności, może nam zabrać inne dobre karty z naszego rozdania, na przykład dobre relacje małżeńskie lub bezproblemowe wychowanie dziecka in vitro.

Czy warto walczyć z losem aż tak bardzo, by uporem zniszczyć życie swoje i partnera? Trzeba odpuścić, zdecydować się na adopcję albo uruchomienie energii twórczej w inny sposób. Można rodzić idee, rozwiązania techniczne, domy, nowe miasta. Tyle jest do zrobienia, urodzenia.

– Ale jest cierpienie, po którym nie chcemy żyć. Tracimy nadzieję. W jednej z questowych przypowieści do mnicha przychodzi wieśniak, który stracił bliskich i dom. Oczekuje współczucia i pomocy, a dostaje tylko jedno słowo: „uważaj!”.
– Mnich z tej przypowieści wiedział ponad wszelką wątpliwość, że istnieje wymiar życia przekraczający najtragiczniejsze wydarzenia i straty, tylko trzeba go dostrzec, odkryć. On go odkrył i dlatego odważył się pogrążonemu w skrajnej rozpaczy człowiekowi odpowiedzieć tylko jednym słowem – „uważaj!”. Pewnie ani ja, ani ty nie moglibyśmy tego zrobić. Ale mnich mógł, bo całym sobą wiedział, o czym mówi. Tylko wtedy, gdy mamy wiarę – niezachwianą i opartą na żywym doświadczeniu prawdy – możemy uratować kogoś, kto jest w skrajnej rozpaczy.

– Quest mówi o tym, że dzieje się wiele dobrego, gdy potrafimy obdarzać naszą wiarą innych, na przykład dzieci. Ale nie jest to łatwe.
– Wiara w innych bierze się z naszej wiary w siebie. Aby więc móc kogoś obdarzyć wiarą w jego możliwości i w jego los, musimy najpierw sami uwierzyć w siebie. Jeśli kiedyś uwierzyliśmy w siebie i dzięki temu osiągnęliśmy coś ważnego, coś, co wydawało się nam wcześniej nieosiągalne, to wtedy wiemy, że „skoro ja tak mogłem, to znaczy, że inni też mogą”. I wiedząc to, sprawiamy, że inni także zaczynają wierzyć w siebie.

W relacjach z dziećmi możemy dzięki temu odpuścić nadmiar kontroli i pomocy. W ten sposób pokazujemy im wiarę w ich możliwości, szacunek do nich i zaufanie: „Wiem, że sobie poradzisz, choć przywykłeś, że rodzice dbali o twoje bezpieczeństwo i jedzenie i usuwali ci spod nóg wszelkie przeszkody. Teraz to się kończy, ale nie dlatego, żeby ci zrobić przykrość czy ukarać, lecz po to, żebyś zobaczył, że wierzymy w ciebie, że dasz radę”. Rodzice, którzy kochają swoje dzieci, stwarzając taką sytuację, przekazują im dar wiary, szacunku i miłości.

– Co nam jeszcze może przeszkadzać w budowaniu w sobie cnoty wiary?
– Pesymizm będący wynikiem fałszywego przekonania, że świat jest przeciwko nam. Nie ma więc co ryzykować i próbować realizować swoich ważnych potrzeb. Lepiej szukać bezpieczeństwa i komfortu. I w ten sposób zaczynamy wszystko, co się dzieje w naszym życiu, nadmiernie planować i kontrolować. Grać z życiem bardzo asekurancko, o małe stawki. I wpadamy w stagnację, letarg i nudę. Nadmiar bezpieczeństwa, przewidywalności i wygody mogą jednak uzależnić nas jak narkotyk i nasza zrealizowana wizja szczęścia stanie się wówczas – nieoczekiwanie – wygodnym więzieniem. Bo im więcej mamy, tym bardziej boimy się to stracić. Ci, którzy nie chcą lub nie potrafią zbudować w sobie wiary, boją się odważnie żyć. Bo wiara jest matką odwagi. Rodzi przekonanie, że to rozdanie, które trzymamy w ręku, to najlepsze atuty, jakie mogliśmy dostać od losu, i że jest w nim ogromny i najwłaściwszy dla nas potencjał. Dopiero wyposażeni w taką wiarę będziemy w stanie realizować marzenia i zamiary, osiągać najważniejsze życiowe cele.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »