Wojciech Eichelberger: Modny czubek świata

123rf.com

55 lat temu psychoterapia była „dla czubków”, a depresję kwitowano:
„weź się w garść!”. Dziś stała się modnym sposobem samorozwoju. Dla mnie jako konsumentki psychoterapii przełomowa była lektura książki „Toksyczni rodzice” Susan Forward. Już tytuł łamał tabu. Ważna była także pierwsza recepta na prozac, którą podarłam, i pierwsza (budząca i lęk, i ciekawość) wizyta w gabinecie psychologa. A jak przemiany w psychoterapii widzi Wojciech Eichelberger, jeden z jej pionierów w Polsce?

Dzięki książce „Dorosłe dzieci alkoholików” Janet G. Woititz wielu ludzi, i ja także, dowiedziało się, z czym się w życiu będzie mierzyć. Ale też, że można się z takiego dziedzictwa „sterapeutyzować”, a to było jak tabliczka z napisem „wyjście z labiryntu”. Gdybym urodziła się w latach 50., miałabym taką szansę?

Zacznijmy od tego, że do roku 1970 w PRL-u psychoterapia była podejrzana i prawie zakazana. Uważano ją za burżuazyjny wymysł i kaprys, który nie ma racji bytu w świetlanej, socjalistycznej rzeczywistości. Bo przecież w najlepszym z ustrojów nikt poza wariatami nie powinien się źle czuć. Więc kiedy w 1963 roku zaczynałem studia, psychologia nie istniała nawet jako osobny wydział. Dopiero za Gierka uniezależniła się od pedagogiki. A skoro nawet psychologia była w niełasce, to co dopiero mówić o psychoterapii. Lecz mimo to w zakamarkach socjalistycznej służby zdrowia udawało się ją robić. Zaczynem był ośrodek Rasztów uprawiający analizę grupową pod kierownictwem charyzmatycznego psychiatry Andrzeja Malewskiego. Ideolodzy PRL-u przymykali nań oczy, bo mówiono im, że chodzi o przygotowywanie ludzi do pracy w kolektywie (psychoterapia odbywała się w grupach). Wśród studentów psychologii Rasztów był otoczony nimbem elitarności, tajemniczości…

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »