Przestań się karać: sposoby kobiet na krzywdzenie siebie

Nadużywanie alkoholu i narkotyków, okaleczanie ciała, przygodny seks – kobieca przemoc wobec siebie bywa dramatycznym przejawem karania siebie, samobójstwem na raty. Jednak równie niebezpieczna jest przemoc, której nie widać, czyli to, co sobie codziennie mówimy: „Nie wolno”, „nie nadajesz się”, „nie umiesz”, „nie stać cię”, „już za późno”, „musisz”, „powinnaś”. Na szczęście mamy siłę, aby to zmienić.
Od ćwierć wieku żyjemy w kraju możliwości niewyobrażalnych dla naszych przodkiń. Pełnymi garściami korzystamy z wolności. Jesteśmy coraz lepiej i wszechstronniej wykształcone. Mamy Kongres Kobiet. Na niespotykaną dotąd skalę radzimy sobie w biznesie. I w polityce – są gminy zarządzane tylko przez kobiety i to są wzorowo zarządzane gminy. Zakładamy organizacje pożytku publicznego, działamy charytatywnie. Wiele z nas utrzymuje finansowo dom. Jesteśmy rzetelne i odpowiedzialne. I wyzwolone seksualnie.

A jednak, gdy pytam kobiety o wewnętrzne poczucie pełni i radości, najczęściej milkną zakłopotane, przez chwilę szukają w sobie odpowiedzi, aby przyznać, że przez większość czasu nie czują się dobrze. Osiągamy – w porównaniu z poprzednimi pokoleniami – gigantyczne sukcesy, które raczej nas nie cieszą; ulga, radość i spełnienie nie nadchodzą. Jak powiedziała mi znana artystka: „Nie oczekuję stanu szczęśliwości przez cały czas, ale nie być szczęśliwą ani przez chwilę, to już przesada”. Wygląda na to, że zyskując siłę w rzeczywistości, w której żyjemy, utraciłyśmy wewnętrzną moc, a przynajmniej znaczną jej część. Wiele z nas – o czym donoszą psychologowie i socjologowie – stosuje jawną przemoc wobec siebie poprzez nadużywanie alkoholu i narkotyków, okaleczanie ciała, przygodny seks. Autoagresja dotyczy w takim samym stopniu kobiet domowych, urzędniczek, jak i szefowych korporacji. Przymus karania siebie jest rodzajem samobójstwa na raty. Jednak równie niebezpieczna jest przemoc, której nie widać, czyli to, co sobie codziennie mówimy.

Przez wieki kobiety żyły w uścisku nakazów i zakazów: nie było nam wolno się rozwodzić, studiować, głosować, odmówić poświęcania się, myśleć o sobie, mieć orgazmu. Ten niegdyś zewnętrzny głos „nie wolno” – jak twierdzą współczesne kobiety – jest nieustająco aktywny wewnątrz nas. Czego nam nie wolno? Popełnić błędu. Wahać się. Mylić się. Nie wiedzieć. Wyjechać gdzieś. Napisać książkę. Odpocząć. Cieszyć się z pysznego obiadu, bo to znaczy, że się obżarłam i będę gruba. Nie wolno kupić sobie niczego, co jest droższe niż sto złotych. Ten głos to także: „Nie nadajesz się”, „nie umiesz”, „nie stać cię”, „już za późno”. Za późno, żeby ci się udało, żebyś zmieniła pracę, żebyś była szczęśliwa. Nie stać cię, żebyś mieszkała tak, jak lubisz, tak jak ci się podoba. Musisz kupić tanie, brzydkie meble, ponieważ nie wolno ci mieć pięknych rzeczy. Nie wolno ci kochać, bo to niebezpieczne. Nie wolno ci być kochaną. Nie wolno ufać. Nie wolno. Nie wolno.

Z „nie wolno” łączy się poczucie winy – za to, co zrobiłam albo nie zrobiłam, czego nie dokończyłam, nie dopilnowałam, o czym zapomniałam. Za to, że źle wyglądam. Drobne zaniedbania uruchamiają lawinę wstydu. I irracjonalny lęk przed nieszczęściem: zaraz wydarzy się coś złego. Więc lepiej zapaść się pod ziemię, umrzeć. To jest wstyd siebie prawdziwej, całej – i tej, która wie, i tej, która się boi, waha, popełnia błędy. Wtedy szczególnie irytują osoby, które nie wstydzą się siebie, nie boją się występować publicznie, prezentować efektów swojej twórczości, mimo że nie są wielkimi artystami. Nie wstydzą się siebie, ponieważ siebie poznały, dotknęły, oswoiły.