Radość – gdzie jej szukać?

123rf

Jest wszędzie: w zieleni trawy, błękicie nieba, w doskonałości człowieka. Cały świat jest dziełem radości. Rabindranath Tagore, indyjski uczony i mędrzec, twierdzi, że to radość jest ostatnim wezwaniem człowieka. Dar życia to dar radości – dodaje psycholog ciała Alexander Lowen. Stan naturalny, który możemy odzyskać, gdy… Właśnie, co nam w radości przeszkadza, a co pomaga? – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Alexander Lowen w książce „Radość” pisze, że tytułową radość daje nam wolność od poczuciawiny. O tym, jak pozbyć się poczucia winy, rozmawialiśmy poprzednio. Czy naprawdę stan radości zależy od nas? Ja od rana czuję się tak, jakbym wygrała milion. Nie mam pojęcia, dlaczego. Może sfiksowałam i to jest dowód na radość bez powodu?!

Obawiasz się, że to nie radość, ale tzw. głupawka albo wręcz mania? Naprawdę łatwo je odróżnić od tej prawdziwej głębokiej radości, o jakiej mówili Rabindranath Tagore czy Alexander Lowen. A nie chodzi im o stan nazywany radością, w który może nas wprawić złapanie ostatniego nocnego autobusu. Nie o takiej radości też chcę mówić, ale o tej głębszej, o radości istnienia. Towarzyszą jej zawsze jeszcze inne ważne uczucia, takie jak: spokój, spełnienie, lekkość, jasność, ciepło, otwartość, zanikanie poczucia czasu, nieustraszoność, miłość. A więc chcę mówić o radości, która to wszystko zawiera. Zgadzasz się?

No pewnie! Radość ze złapania autobusu jakoś ogarniam. A tę drugą, bogatą w te wszystkie piękne uczucia, niekoniecznie.

Badaczem takich radosnych stanów ludzkiego umysłu był amerykański psycholog Abraham Maslow. Najpierw zauważył, że wprawdzie każdy człowiek w jakiś sposób czuje, że jest i że żyje, lecz jakość odczuwania tego istnienia – choć fundamentalna – u większości ludzi jest słaba i na ogół obarczona smutkiem i lękiem. Postanowił więc znaleźć i przebadać tych, którzy doświadczają swego bycia w pełni i radośnie, i to tak dalece, że powoduje to zasadniczą, pozytywną przemianę w ich życiu i relacjach z innymi. Przepytał także ich najbliższych, krewnych i przyjaciół. Gdy przekonał się, że rzeczywiście udziałem tych ludzi jest niezwykłe i radosne przeżycie, nazwał je doświadczeniem szczytowym (peak experience), czyli stanem szczęścia, radości, spokoju i spełnienia.

A więc radość dla Maslowa to z jednej strony stan naturalny, a z drugiej – dowód mądrości. Podobnie o radości piszą Rabindranath Tagore i Alexander Lowen. Taka gloryfikacja kłóci się z uznawaniem cierpienia za najistotniejsze doświadczenie transformujące?

To prawda, że jest takie masochistyczne odchylenie w chrześcijaństwie. Lecz jednocześnie wiele przeżyć mistycznych opisywanych przez praktykujących z determinacją i wiarą – również w tradycji chrześcijańskiej – jest bliskie temu, co opisał Abraham Maslow. A także temu, co w określeniu przepływ (flow) zawarł inny amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi. Ten przy okazji stwierdził, że ludzie najczęściej doświadczają stanu flow w pracy. Nie na urlopie, nie na łonie przyrody ani w świątyni podczas modlitwy czy medytacji, lecz – o zgrozo – w pracy! Czyż to nie wygląda na upadek religijności czy nawet świętokradztwo? Tylko na pierwszy rzut oka. Jak się chwilę zastanowić, nie ma w tym nic dziwnego. Praca stała się dla nas skrajnie wymagającą i angażującą formą spędzania czasu, wyzwaniem wymuszającym maksymalną koncentrację. A koncentracja dokonuje cudów. Sprawia, że jesteśmy nie tylko superskuteczni i kreatywni, lecz zarazem doświadczamy wolności i radości. To zgadza się w pełni z mało znaną mistyczną zasadą Pascala, którą zacytuję z pamięci: jeśli bez reszty zaangażujesz się w poznanie choćby najmniejszego skrawka rzeczywistości – odnajdziesz tam Boga. Przypuszczam, że Pascal raczej nie miał na myśli imponującego, brodatego starca o mądrym wejrzeniu, lecz tajemnicze i radosne doświadczenie pełni istnienia. Dodajmy, że z badań Csíkszentmihályiego wynika także, że flow jest doświadczeniem danym większości ludzi, lecz pozostaje ono z reguły niezauważone i niedocenione.

Praca jako źródło doświadczenia radosnego i mistycznego? Zasuwam bez pamięci, ale jednocześnie kocham cały świat i w uniesieniu widzę świętych, jeśli nie samego Boga?

Dlaczego nie? W doświadczeniach mistycznych często pojawiają się symbole świętości, zazwyczaj te pochodzące z ikonografii wyznawanej religii. Ale mistyczne wglądy związane z wyobrażeniami – choćby najświętszymi – nie należą do najbardziej cenionych. Do najwyższej kategorii należy odczucie bezgranicznego, wzruszającego, radosnego i spokojnego zachwytu tym, czego doświadczamy tu i teraz, np. kwiatem, wodospadem, szklanką wody czy wina, kęsem chleba, smakiem herbaty, oczami, w które patrzymy, ciałem kochanej osoby, tańcem, dźwiękiem dzwonu, koncertem lub śpiewem słowika. Zaznaczmy, że ten mistyczny zachwyt uznaje się za jeszcze bardziej wartościowy – bliższy prawdy – jeśli dotyczy niekoniecznie tego, co stereotypowo i powszechnie uznawane za piękne i święte. Czyli gdy wyzwala go np. widok ropuchy, robala. Tak właśnie doświadczają świat dzieci. Bez ocen, nastawień i upodobań. Jak to się mówi w zen: z pustym umysłem. Cechą wyróżniającą takiego stanu jest całkowite zjednoczenie się – komunia – z tym, co jest naszym udziałem tu i teraz. Maslowowski typ B (being, czyli bycie), a także opisany przez Csíkszentmihályiego stan flow, zdarzają się często podczas ekstremalnego wysiłku. To w takim stanie umysłu sportowcy osiągają wyniki przekraczające granice ludzkich możliwości. W całkowitej koncentracji na tym, co tu i teraz, gdy żadna inna, nawykowa czy kompulsywna myśl ich nie rozprasza. Instynktownie i uparcie poszukujemy tego nagradzającego stanu. Dlatego tak chętnie np. jeździmy na nartach. Wymagający, zatłoczony stok zmusza do koncentracji. Więc being, flow czy mistyczny wgląd – wbrew przekonaniom ignorantów – nie są egzaltowanym odlotem, lecz przeciwnie – przylotem, doświadczeniem tego, co jest i jak jest naprawdę, a więc urealnieniem.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »