Radość z różnorodności: jak otworzyć się na innych ludzi?

fot.123rf

Duchowość zaczyna się w sercu, które otwiera się na siebie i na innych, obejmuje wszystkie odrębności, całą różnorodność świata – mówi Tanna Jakubowicz-Mount.
Radość z różnorodności, tak się łatwo mówi. Jednak by cieszyć się różnorodnością świata, potrzebujemy wielkiej otwartości. Na ogół lubimy podobnych do siebie. Inni nas niepokoją.

reklama

Postrzegamy ich jako obcych i czujemy się zagrożeni. Naruszają nasze poczucie tożsamości, a to wywołuje lęk. Nie wiemy, czego się spodziewać. Od lat w wielu miejscach na świecie pracuję z ludźmi różnych wyznań, tradycji duchowych i kulturowych. Prowadzę spotkania otwarte na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Spotykamy się w kręgu ludzi, którzy mówią różnymi językami, są na różnych ścieżkach życia, inaczej myślą, wyglądają, inaczej się modlą, zachowują, wierzą w coś innego. Chodzi nam o to, aby przezwyciężyć barierę obcości i prawdziwie się spotkać, ponieważ wiele napięć i konfliktów w świecie związanych jest z obcymi, z tymi, których nie rozumiemy i których się boimy. Najtrudniej rozbroić stereotypy, ponieważ są mocno utrwalone, przekazywane z pokolenia na pokolenie; w Polsce szczególnie te dotyczące Żydów, Cyganów, Rosjan, Niemców, ludzi o innej orientacji seksualnej. To jest problem na skalę globalną, ponieważ narasta poczucie zagrożenia spowodowane kryzysem ekonomicznym, duchowym, humanitarnym. Świat staje się nieprzewidywalny, więc łatwo uruchamia się lęk o biologiczne przetrwanie. A wtedy narastają konflikty związane z obcymi. To znany mechanizm – kanalizujemy swój lęk i nienawiść w niechęci do innych.

To „oni” zabierają nam pracę i przestrzeń życiową.  

Co przecież nie jest prawdą, ponieważ „obcy” na ogół przyjmują najgorszą pracę w niechcianych zawodach. Jednak lęk tak działa: to „oni” rozpanoszą się, narzucą nam swoje obyczaje, których nie chcemy. Rozpoznajemy też mechanizm projekcji: im jest nam trudniej ze sobą, im bardziej jesteśmy niepogodzeni z różnymi częściami siebie, tym bardziej będziemy niechętni, a nawet wrodzy w stosunku do innych. Jeśli kogoś nienawidzę, to może znaczyć, że nie chcę widzieć mojego bólu, upokorzenia czy gniewu odbitego w jego oczach. Nie cierpię obcych, ponieważ nie chcę cierpieć z powodu obcego w sobie. Często mamy w sobie skrzywdzone dziecko, ofiarę, kogoś, kto podlegał opresji, na przykład wychował się w rodzinie dysfunkcyjnej. To dziecko usiłuje się jakoś bronić, opracowuje sobie strategię przetrwania, żeby się nie dać; jest pełne napięcia, gotowe do obrony. Czuje się zagrożone i broni się, atakując. Ofiara staje się oprawcą, kimś, kto jest agresywny, używa przemocy. Wytwarza się bardzo silny konflikt wewnętrzny między ofiarą a oprawcą. Jeśli tego nie rozpoznaję, wtedy złość i nienawiść projektuję na innych, oni stają się moimi wrogami, tarczą mojej niechęci do siebie.

Odrzucamy innych, ponieważ nie chcemy spotkać się z kimś nieznanym, obcym w sobie?

Zwraca na to uwagę mój ulubiony filozof, benedyktyn David Steindl-Rast: Dopóki nie spotkamy obcego w sobie, nie rozpoznamy go, nie zaakceptujemy jako części naszego człowieczeństwa, nie będziemy w stanie spotkać się z obcymi na drogach życia.

Przekraczanie lęku przed obcym zaczyna się więc od pogodzenia się ze sobą.

Tak, od odnalezienia pojednania w sercu między różnymi częściami nas, które są w konflikcie. Ja to nazywam alchemią miłości, bo tylko miłość ma moc uzdrowienia i scalenia naszego wnętrza. Ktoś o niskim poczuciu własnej wartości, kto czuje się upokorzony, wykluczony, odrzucony, chętnie szuka gorszego od siebie, Żyda, Murzyna, Cygana, żeby poczuć się lepiej. Na takiej właśnie projekcji Hitler zbudował swoją potęgę. Wykorzystał frustrację, napięcie, lęk, upokorzenie ludzi; podniósł ich z kolan, mówiąc, że są nadludźmi. Zbudował fałszywe poczucie mocy, godności, przynależności do większej całości: „Jestem silnym członkiem grupy, która ma wroga, obcego, innego, i określony plan działania, aby wroga zniszczyć”. Okopanie się na silnych pozycjach religijnych i narodowych, znalezienie wspólnego wroga daje poczucie ulgi i złudnej mocy. Prowadzi do konfliktów i wojen. Brunatna fala przemocy wraca w obecnym kryzysie i jest niebezpieczna. Na szczęście napływa druga fala, którą nazywam błękitną falą odradzania się wartości bliskich wszystkim tradycjom duchowym, takich jak szacunek dla inności, współodczuwanie i miłość.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »