Do domu czy do knajpy? – japońskie zwyczaje

Pracujący Japończyk nie mieszka w domu. Mieszka w pracy. A po pracy idzie do knajpy. W domu śpi. Krótko, bo późno wraca z knajpy i wcześnie wychodzi do pracy. W domu mieszka jego rodzina.
Japończyk często bywa w knajpie służbowo. W pracy się pracuje. Najpierw w biurze, potem w knajpie. W biurze odbywają się spotkania i w knajpie odbywają się spotkania. Spotkania w biurze służą rozwiązywaniu zadań, które firma ma do wykonania. Każdy ma swoją cząstkę, która składa się na całość sukcesu firmy. Spotkania w knajpie służą ustalaniu hierarchii. Bez hierarchii firma japońska nie funkcjonuje, więc spotkania w knajpie są dla Japończyka obowiązkowe. Łatwo rozpoznać grupę, która jest w knajpie służbowo. Jej członkowie zachowują się, jakby byli w pracy. Sztywno i z udawanym zainteresowaniem. Słuchają kolejnych przemówień, a potem kolejnych dowcipów. Kolejność wygłaszania przemówień oraz dowcipów pozwala rozpoznać hierarchię. Szef przemawia jako pierwszy i jako pierwszy wychodzi z knajpy.

reklama

Nie wszyscy Japończycy pracują jednak w korporacjach, a tym, którzy w nich pracują też zdarza się mieć wolny czas. Choćby w weekend. Jeśli chcą gdzieś zaprosić znajomych, to często zapraszają ich do knajpy. Do domu nie mogą, bowiem dom jest zbyt skromny, żeby można było zaprosić gości. Mieszkania w Japonii są często rzeczywiście niezbyt wielkie, ale nawet te większe nie są według gospodarzy wystarczająco dobre, by móc do nich zaprosić kogoś obcego. Poza tym Japończycy strzegą swojej prywatności. Jeśli więc zostałeś zaproszony do domu Japończyka, powinieneś traktować to jako wielki przywilej i dowód dużej zażyłości. Zażyłość tę i tak trzeba jednak najpierw zbudować w knajpie. Wizyta w domu to święto, a w knajpie codzienność.

Codzienność, ponieważ Japończyk musi jechać daleko do pracy lub na studia i często spędza tam cały dzień. A w przerwach chodzi jeść. Dlatego knajp jest zatrzęsienie, a w dużych marketach i małych sklepikach można kupić bento. Bento to znakomity japoński wynalazek. Pudełko z jedzeniem, które uprzejmy sprzedawca podgrzewa na życzenie. Wychodzimy ze sklepu z gotową ciepłą potrawą. Jak znalazł dla tych, którzy mają mało czasu. Ci, którzy mają go nieco więcej, odwiedzają rozmaite lokale gastronomiczne.

Jeśli mają mało gotówki, mogą odwiedzić miejsca, w których jadają mieszkańcy miejskich wiosek. Wiosek, z których składają japońskie miasta. Parę ulic, stanowiących kiedyś odrębną miejscowość, stało się częścią miasta. W takich knajpach nie ma sushi, ani sashimi (surowe ryby lub owoce morza z dodatkiem przypraw). Nie znajdzie się też menu ze zdjęciami potraw i nazwami czytelnymi dla tych, którzy nie znają kanji, czyli chińskich znaków używanych do zapisania języka japońskiego. Potraw jest zresztą niewiele, a króluje ramen, czyli coś w rodzaju zupy z mięsem i rozmaitymi warzywami. Bywalcy mówią wyłącznie po japońsku. Goście z zagranicy trafiają tam rzadko.

Częściej trafiają do barów sushi, gdzie czasami trzeba grzecznie poczekać godzinkę w poczekalni, ale za to można potem kolekcjonować talerzyki różnych rozmiarów lub kolorów z różnymi rodzajami sushi, przygotowanymi na zamówienie. Tutaj mniej majętni Japończycy trafiają rzadziej, bo za takie talerzyki trzeba sporo zapłacić. Zaproszenie do baru sushi również stanowi wyróżnienie, choć nie takie jak wizyta w japońskim domu. Jeśli Japończyk chce nas naprawdę docenić i nie należy do najbiedniejszych, a nie odważy się jeszcze zaprosić nas do siebie, to możemy się spodziewać wizyty w restauracji, w której serwuje się potrawy z ryby fugu. To mocne przeżycie, nie tyle kulinarne, co nerwowe. Ryba zawiera śmiertelną truciznę i choć jej przygotowaniem mogą się zajmować wyłącznie licencjonowani kucharze, to i tak każdego roku dla pewnej liczby osób jest to ostatni posiłek w życiu. Na szczęście wizyta w knajpie nie jest zazwyczaj tak ekstremalnym przeżyciem. Bywa za to smacznie, o ile nie musimy jeść natto, czyli sfermentowanych nasion soi, i przyjemnie. Jeśli chcesz zajrzeć za zasłonę naturalnej japońskiej uprzejmości, musisz iść do knajpy.