Kobiety a polityka – rozmowa o stereotypach

Jeśli porównamy udział kobiet i mężczyzn w wyborach do Sejmu w 2007 roku to okazuje się, że różnica wynosiła 6%, to znaczy, o tyle więcej głosowało mężczyzn niż kobiet. Oczywiście możemy zapytać czy różnica ta jest duża czy mała – mówi profesor Renata Siemieńska.
Często jeszcze słyszy się pogląd, że kobiety nie interesują się za bardzo polityką.

reklama

Nieprawda, że kobiety nie interesują się polityką, a wszyscy mężczyźni interesują się polityką. Można mówić jedynie o pewnych różnicach w częstości zainteresowań. Również coraz więcej kobiet głosuje i różnice procentowe są tu także niewielkie.

Skąd wzięło się przekonanie, że polityka nie interesuje kobiet?

Trzeba pamiętać, że zainteresowanie polityką pozostaje w związku z poziomem wykształcenia. Jeszcze 50-60 lat temu, w połowie XX wieku, poziom analfabetyzmu był wyższy wśród kobiet niż wśród mężczyzn. Kobiety częściej były niewykształcone. Pokazują to również najnowsze statystyki, gdy popatrzymy na najstarsze grupy wiekowe. Zatem przekonanie o braku zainteresowania życiem publicznym, które kiedyś było opisem rzeczywistości, obecnie jest stereotypem mającym niewiele wspólnego z obecnym realiami.

Jest to z krzywdą dla kobiet w ogóle, a zwłaszcza dla młodych (w wieku 30 czy 40 lat) , kiedy używa się do ich opisu wizerunku, który był adekwatny kilkadziesiąt lat temu. Tym bardziej, że faktycznie zmienia się pozycja zarówno mężczyzn jak i kobiet.

Należy dodać, że dzisiaj kobiety są bardziej wykształcone niż mężczyźni; od 1980 roku stanowią w Polsce ponad połowę osób kształcących się.

Co jeszcze ma wpływ na zainteresowanie polityką?

Wykształcone kobiety zazwyczaj pracują. Doświadczenie w pracy oznacza też kontakt z innymi ludźmi, nabywanie umiejętności negocjowania, szersze spojrzenie na otaczający nas świat. Czyli kobiety w coraz większym stopniu posiadają w swoim życiu indywidualnym to „coś“, co nazywa się elementem zasobów politycznych.

To, że kobiety pracują, prowadzi też do ich większej indywidualizacji i podmiotowości. Wiele kobiet ma studia, zarabia, w związku z tym mogą samodzielnie dysponować środkami, które osiągają. Mają inne aspiracje niż ich matki czy babki. Mogą też zastanawiać się, czy w ogóle chcą wiązać się z mężczyzną, a jeśli tak to na jakich warunkach. Nie jest to sytuacja kobiety, którą znamy z literatury sprzed 100 lat, gdzie dobre wyjście za mąż było podstawowym celem kobiety i warunkiem, aby dobrze urządzić się w życiu.

Ukształtowana w przeszłości sytuacja kobiet i ich pozycja w społeczeństwie powodują, że wielu mężczyzn nie bacząc na zachodzące zmiany twierdzi: kobiety się na polityce nie znają. Jednak uprawnionym staje się pytanie czy oni sami się znają, ale to już jest trochę inna kwestia…

No właśnie, czy mężczyźni bardziej nadają się do polityki? – to chyba kolejne przekonanie, z którym można się spotkać.

Od 1992 roku zmniejsza się liczba kobiet i mężczyzn, którzy uważają, że tylko mężczyźni nadają się do polityki. Obecnie 2/3 kobiet nie zgadza się z tym stwierdzeniem. Kobiety coraz częściej odczuwają istnienie „szklanego sufitu”. Przykładem jest obsada stanowisk ministerialnych. Nieporównanie częściej znajdziemy kobiety wśród wiceministrów niż ministrów. A zatem ich udziałem stają się stanowiska wymagające wysokich kwalifikacji, ale stanowiska ministrów (decyzyjne) pozostają w rękach mężczyzn.

A więc cały czas ciągnie się tutaj ten sam stereotyp?

Pytanie: kto umacnia ten stereotyp? Zarówno część mężczyzn jak i… część kobiet.

Dały sobie to wmówić?

Niestety, dały sobie wmówić. Tak jak kobiety dają sobie wmówić szereg innych rzeczy i uważają, że jest to ich własny pogląd na świat. Przecież na tym polega właśnie socjalizacja do określonych ról…

Prawdą jest, że kobiety zarabiają mniej i rzadziej dostają się na stanowiska decydenckie. Gdy przejrzymy sobie listy osób najbogatszych, to oczywiście nie znajdziemy na nich wielu kobiet. Kobiety, mając nawet wysokie kompetencje, będąc w polityce i często podpowiadając mężczyznom w wielu ważnych kwestiach, nie biorą udziału przy rozdaniu stanowisk politycznych. Czy one nie chcą? Ja bym miała tutaj ogromne zastrzeżenia… Bo jeśli mamy 460 posłów i 100 senatorów, to trudno byłoby sobie wyobrazić, że nie mamy tylu kobiet wysoce wykształconych i kompetentnych, z dużym doświadczeniem w życiu publicznym, które nie chciałyby zajmować takich stanowisk.

Jednak listy kandydatów układa się na zasadzie: kto jest „widoczny”, rozpoznawalny dla wybierających , kto ma jakie zasługi i wpływy w ramach danej partii, kto może być użyteczny w przyszłości dysponując określonym kapitałem społecznym. Jest to czysty rachunek. Ponieważ kobiety mniej zarabiają, rzadziej zajmują wyższe stanowiska, ich wartość dla partii politycznej jest mniejsza, jeśli użyjemy tradycyjnie stosowanych kryteriów..

Sytuacja się jednak zmienia. Coraz więcej mężczyzn uważa, że kobiety również mogą być dobrymi politykami.

Zgadza się. Jeżeli jednak myśli pani, że mężczyzna wykształcony i dobrze zarabiający, będzie bardziej popierał kobiety w polityce niż ten niewykształcony, to jest pani w błędzie. Bo tutaj pojawia się kwestia konkurencji. Mniej wykształcony mężczyzna będzie bardziej przychylny kobietom, częściej powie „dlaczego ma nie rządzić więcej kobiet, może dzięki nim będzie lepiej, a mężczyźni, którzy rządzą i tak mi nie odpowiadają“.

Zasadniczo wykształcenie sprzyja większej otwartości. Ale wchodzą tu jeszcze inne zmienne. Dobrze wykształceni mężczyźni wiedzą, że jeśli dopuszcza się do polityki coraz więcej kobiet, oznacza to, że pewna liczba mężczyzn straci swoją pozycję. Ich szanse wyboru zmniejszają się, gdy na listę wprowadza się kobiety. Znamy zachowania wyborców i wiemy, że wybierają osoby z pierwszych miejsc na liście, bez względu na płeć.

Oczywiście, że mężczyźni-politycy, z racji poprawności politycznej, powiedzą, że to dobrze iż w polityce jest więcej kobiet, ale często zwlekają z pewnymi decyzjami tak długo jak się da…

Jest jeszcze jeden stereotyp, o którym warto wspomnieć, że większość kobiet głosuje tak jak ich mężowie, bo nie mają własnego zdania jeśli chodzi o politykę.

Kobiety w Polsce mają prawo wyborcze od 1918 roku, czyli wcześniej niż np. we Francji czy Szwajcarii.

W wielu krajach niejednokrotnie formułowano pogląd: po co jest prawo wyborcze kobietom skoro mężczyzna „odgłosuje” za dwoje…

Nieprawdziwy jest jednak stereotyp, że kobieta zagłosuje tak samo jak mężczyzna, bo w grę wchodzą również zmienne społeczne. Robiłam badania, które miały odpowiedzieć na pytanie: czy rodzina jest pewną jednostką polityczną? Okazuje się, że to zależało od partii politycznej. W przypadku np. Unii Demokratycznej rozbieżności były dużo większe, niż np. w przypadku PSL. Do PSL zazwyczaj należą osoby niżej wykształcone. Są to więc kręgi, gdzie zainteresowanie kobiet polityką jest szczególnie niskie. Jeżeli elektorat jakiejś partii jest niżej wykształcony, to możemy powiedzieć, iż jest dużo większa szansa, że mężczyzna i kobieta zagłosują tak samo. Jeśli jest wysoko wykształcony elektorat, to różnice są dużo większe. Znam takie małżeństwa, które w domu nie rozmawiają o politycznych preferencjach, bo dochodzi do awantury.

Kobieta wysoko wykształcona wcale nie jest przekonana, że jej mąż wie wszystko lepiej niż ona. Poza tym często nie może unikać rozmów o polityce, bo o tym się mówi w środowisku, w którym przebywa (np. w pracy). Jeśli jest słabiej wykształcona, nie pracuje, przebywa głównie w kręgu rodzinnym lub wśród osób o podobnych (niewielkich) doświadczeniach zawodowych, wówczas zwykle nie rozmawia o polityce, ale interesują ją tematy bardziej związane z jej bezpośrednią sytuacją życiową.

Jak się to przekłada na głosowanie w wyborach?

W wyborach do sejmu w 2007 roku nie brało udziału 23% mężczyzn i 29% kobiet. Jeżeli popatrzymy na statystyki dotyczące samych kobiet to widać, że najrzadziej głosują najmłodsze i najstarsze osoby ( w grupie powyżej 60 lat – 37% nie głosowało, w grupie kobiet do 29 lat było aż 35% niegłosujących). Jeśli chodzi o wykształcenie, to wśród kobiet z wyższym wykształceniem nie głosowało zaledwie 11%.

Wiemy, że nie głosowanie ma bardzo różne korzenie. Nie idę głosować, bo mnie to po prostu nie obchodzi. Albo mówimy, że nie pójdziemy głosować, bo kandydaci, partie, relacje tam istniejące nam nie odpowiadają. Efekt jest ten sam, jedni i drudzy nie idą głosować. Nie jest to tylko udziałem kobiet.

Należy pamiętać, że głosowanie także opiera się na różnych mechanizmach. Głosujemy na kogoś, bo wierzymy, że ten polityk wprowadzi jakąś zmianę, rozwiąże istotne problemy. Ale często głosujemy nie dlatego , że uważamy określonych polityków za znakomitych, ale idziemy głosować po to, żeby nie wygrał ten, którego z całą pewnością nie chcemy.

Prof. dr hab. Renata Siemieńska, dyrektor Instytutu Studiów Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, kierownik katedry UNESCO „Kobiety –społeczeństwo –rozwój”