Rodziny patchworkowe i Święta

fot.123rf

Mamy nauczyły nas, że święta powinno się spędzać z rodziną. Ale dzisiaj to coraz bardziej skomplikowana konstrukcja. Kto zasiądzie przy wspólnym stole?
Dwa razy do roku zastanawiamy się nieco intensywniej, co to dokładnie znaczy „rodzina”: dzieje się tak na ogół w okolicach Gwiazdki oraz przed Wielkanocą. Socjologowie zgodnie twierdzą, że najstarsza komórka społeczna przeżywa obecnie trudny okres. Stare modele już nie działają. Nowe wciąż się tworzą. Ta tradycyjna, tak zwana nuklearna, składająca się z męża, żony oraz dzieci – to już prawie zjawisko z czasów dinozaurów. Dziś bardziej na czasie jest skomplikowana konstrukcja, zwana fachowo rodziną rekonstruowaną, a bardziej potocznie „patchworkową”.

reklama

Kiedy termin ten nieśmiało przebijał się w polskiej prasie, czyli na początku lat 90., w Polsce rocznie rozwodziło się nieco ponad 40 tysięcy małżeństw. Dzisiaj jest ich już ponad 60 tysięcy (a liczba ta naturalnie nic nie mówi o rozstaniach w coraz popularniejszych związkach nieformalnych). Niemal połowa rozwodników ma przynajmniej jedno dziecko, a koniec związku nie oznacza przecież końca życia. Dla wielu to dopiero (i na szczęście) jego początek… Dlatego zdefiniowanie, co to takiego rodzina, nie jest już proste. A będzie tylko trudniejsze.

Terapeuci, którzy zajmują się klasyczną psychologią, ale inspiracji szukają w astrologii i numerologii, mówią już o tzw. związkach uranicznych, znaku Ery Wodnika. Nie ma w nich miejsca na zazdrość, zaborczość, zależność. Partnerzy nie dzielą życia, nie interesuje ich bycie „na dobre i na złe”, mają alergię na rutynę. Stawiają na wolność, niezależność, indywidualizm, samorealizację i… egocentryzm. W praktyce oznacza to na przykład dwa domy na wspólnej posesji, ewentualnie w wersji dla mniej zamożnych – dwa mieszkania w tym samym bloku. Od czasu do czasu wspólny wypad na wernisaż, namiętny seks albo wakacyjny wyjazd. Chwile bliskości przeplatane okresami rozłąki, kiedy na przykład jedno z partnerów wyjeżdża na pokojową misję do Afryki albo na duchową wędrówkę po Indiach.

Ale czy w takim związku można nakarmić się emocjonalnie na zapas, zrealizować potrzebę bliskości i intymności, kochać i nie tęsknić? Co z dziećmi…? No i co ze świętami?!

Rodzina uszyta z kawałków

Nie oszukujmy się jednak: bez względu na to, jak jesteśmy nowocześni, to całkiem po staremu kochamy, tęsknimy, zazdrościmy. Swoistym sprawdzianem dla każdej rodziny jest czas świąt, kiedy lista osób, które pragniemy zadowolić, jest niepokojąco długa. Dlatego tak łatwo zapomnieć o sobie.

– Ostatnią Wielkanoc spędziłam w samochodzie, jako kierowca – opowiada Kamila. – Mój partner Maciek zachorował, więc mnie przypadł w udziale obowiązek zorganizowania świąt dzieciakom. Zawiozłam mojego Jasia do jego taty i nowej żony, po drodze wstąpiłam do byłej partnerki Maćka, żeby odebrać jego dziecko. A gdzieś między jednym a drugim adresem pokłóciłam się z matką, która przy każdej okazji wypomina mi, że „w naszej rodzinie nie było rozwodów”. A ja naprawdę nie planowałam swojego. Dziś, pięć lat po rozstaniu, powoli zaczynam wierzyć, że tym razem mi się uda, ale święta są jak zły sen, który przypomina mi o porażce. W gruncie rzeczy zgadzam się z mamą, że rozwód to skaza, dowód, że się nie udało. I właśnie w święta to najbardziej boli.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »