Nie bój się świąt bez rodziny

Spora część ludzi po świętach spędzonych z rodziną nadaje się do zbierania łyżeczką.
Czy idziemy do twoich rodziców, czy do moich? Czy może jednego roku do twoich, a następnego do moich? Albo na parę godzin do twoich, a na następne do moich? A jak już jesteśmy u twoich, to czy możemy szybko wyjść, żeby pojechać do moich? Nie możemy, bo jeszcze brat nie przyszedł. Przyszedł brat: »Co, wychodzicie? Posiedźcie jeszcze trochę«. Dojeżdżamy do moich: »No, później nie mogliście przyjechać?! Ciocia właśnie wyszła, nie mogła się was doczekać. A może ty już nie chcesz do matki przyjść w święta, może teraz do tamtych wolisz?«”.

reklama

Od kosztownych problemów logistycznych bardziej bolesne bywają skutki szczerych rodzinnych życzeń. Przecież najbliżsi najlepiej wiedzą, czego nam trzeba i czego nam życzyć. A więc 33-letnia Anka wie, że jak co roku usłyszy: „Życzymy ci, kochanie, żebyś sobie w końcu kogoś znalazła, bo ty ciągle taka samiutka, tak ci się życie nie ułożyło, a tu latka lecą”. Kiedy próbuje powiedzieć, że samej jej dobrze, słyszy: „My cię kochamy, nas nie oszukasz”.

Dorota jak zawsze dostanie pod choinkę parę książek o świeżo odkrytych dietach, które tym razem na pewno pomogą na jej nadwagę. Koleżance cioci bardzo służy ta, co się je prawie samo mięso: „No i popatrz, możesz sobie spokojnie jeść teraz ten schabik, nikt takiego schabu nie zrobi jak twoja mama, jakie to szczęście, swoją drogą, że i ja, i moje dzieci możemy jeść, co chcemy i ile chcemy, i żadne nigdy nie utyło…”.

Janek z Baśką, sześć lat po ślubie, od pięciu lat nastawiają się przed świętami na przetrzymanie kolejnej porcji życzeń, żeby już w końcu był ten dzidziuś, żalów: „kiedy ja w końcu będę babcią”, obaw: „a czy z wami aby na pewno wszystko w porządku?”, oraz pomówień o egoizm i wygodnictwo. Oboje nie chcą mieć dzieci, dogadali się szybko w tej sprawie ze sobą, ale nie są w stanie, przynajmniej na razie, oświadczyć tego na głos rodzicom i reszcie swoich rodzin. Wolą znosić znaną coroczną nawałnicę.

Zyta jedzie już 20. raz, tym razem na pewno ostatni, na święta do owdowiałej matki. Bez swojego męża, którego jej matka nie uznała i którego imienia nie wymawia od zamążpójścia córki. Jedzie, bo matka twierdzi, że ma już tylko ją. Męża Zyty (który od dawna jest sierotą) nikt do niczego nie zmusza, nie manipuluje nim, nie wywołuje w nim poczucia winy. Zostaje sobie spokojnie w domu,

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »