Nigdy nie jest za późno na gilgotanie

Zamiast skupiać się na niedoskonałościach swojego ciała, uznajmy, że takie właśnie jest nam do czegoś potrzebne, i odnośmy się do niego z czułością – mówi terapeutka Magdalena Skomro.
Jeśli kochasz swoje dziecko, to często je dotykaj – radzą psychologowie. Bo w dotyku przejawia się twoja akceptacja…

reklama

Pisała o tym już Jean Liedloff w książce „W głębi kontinuum”. W kulturach pierwotnych dziecko jest powiązane z matką niewidzialną więzią: ona cały czas je przy sobie nosi, nie odsuwa, nie oddaje komuś innemu na wychowanie. Maluch przebywa z nią bez przerwy, do momentu, kiedy postanawia zacząć sam poznawać świat. Ta bliskość cielesna daje mu poczucie bezpieczeństwa i akceptacji na całe życie. Na szczęście nasza kultura powolutku wraca do tego intymnego kontaktu, przejawia się to m.in. w modzie na noszenie dzieci w chustach. Może dzięki temu następne pokolenia będą czerpały siłę z poczucia własnej wartości.

Zamiast skupiać się na zewnętrznej powłoce?

Człowiek za bardzo przywiązuje się do swojej fizyczności, to w niej doszukuje się źródła problemów w życiu: tego, że nie ma odpowiedniego partnera czy partnerki, że nie odniósł sukcesu zawodowego.

Na jednych z warsztatów, jakie prowadziłam w ramach festiwalu PROGRESSteron, poprosiłam uczestniczki o przeprowadzenie eksperymentu. Miały się dobrać w pary lub trójki i stworzyć figurę geometryczną na temat „Ja i moje ciało”, wyrażającą ich stosunek do własnego ciała. Kiedy zaczęłyśmy omawiać wnioski, jedna z kobiet powiedziała, że dzięki temu ćwiczeniu uświadomiła sobie, że nienawidzi swojego ciała, że je katuje, znęca się nad nim. Dodała też, że gdyby ktoś ją traktował tak, jak ona traktuje swoje ciało, to przestałaby z nim współpracować. To była kobieta, która bardzo dużo straciła na wadze w ciągu ostatnich dwóch lat.

I postrzegała ciało jako wroga.

Właśnie. To częsta postawa. Mądrzej byłoby je po prostu polubić albo chociaż zastanowić się, dlaczego mam akurat takie ciało, a nie inne. Znowu odwołam się do moich warsztatów. Podczas innego ćwiczenia zaproponowałam, żeby uczestniczki zastanowiły się, jakie potrzeby spełnia ich ciało, to, które dostały od natury, czyli żeby pomyślały, po co mają np. krótkie nogi, zbyt duże piersi… Kobieta, która miała szerokie biodra, doszła do wniosku, że potrzebuje w życiu bezpieczeństwa, oparcia. Wykonywała nawet nieświadomie gest opierania rąk na biodrach. Z kolei uczestniczka, która miała mały biust, w głębi duszy nie zgadzała się na dojrzewanie, chciała zostać w okresie, w którym była najbardziej szczęśliwa, czyli w dzieciństwie, tuż przed rozwodem rodziców. Na dodatek uprawiała taki rodzaj sportu, gdzie duży biust był przeszkodą. Jej ciało dostosowywało się do jej potrzeb, ale też sygnalizowało problemy, jak niezgoda na rozwód

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »