Jak kształtuje się nasza kobiecość?

fot.123rf

A jak to jest z wyrażaniem złości u dziewczynek i chłopców? Bo chyba w przypadku chłopców jest większe przyzwolenie na to, by okazywali ją w sposób jawny, a od dziewczynek wymaga się raczej jej tłumienia.

reklama

To są właśnie te obszary, gdzie bardzo niekorzystne jest rozróżnianie płci. Bo czy to chłopiec, czy dziewczynka, od początku warto uczyć konstruktywnych form rozładowywania złości. Taka kobieta będzie tłumić całe życie swoją złość, a potem trafi jej się mąż alkoholik i po którejś awanturze weźmie nóż i wbije mu w plecy. Bo po tylu latach tłumienia złości po prostu nie będzie w stanie nad sobą zapanować. Chłopcy mają większe przyzwolenie na wyrażanie złości, nawet poprzez agresję, bo to są chłopcy, „chłopcy tak mają”. A to nieprawda. Nie możemy na to przyzwalać. Zresztą w tej chwili dziewczynki w wieku gimnazjalnym są często bardziej agresywne niż chłopcy. Na szczęście powstaje coraz więcej inicjatyw uczenia dzieci rozumienia swoich emocji i rozładowywania ich w sposób niezagrażający sobie i innym.

Aczkolwiek chyba zdrowsze jest pójście w takie fizyczne rozładowanie złości niż w tłumienie?

Tłumienie nie jest dobrą strategią, chociaż na temat rozładowywania złości są sprzeczne teorie. Zgodnie z klasyczną teorią „hydrauliczną” Freuda, gdy złość się kumuluje, to potem musi eksplodować, tak jak hydrant, który gdzieś się przypchał, a potem wybucha fontanną wody. Ale są też badania pokazujące, że im bardziej agresywnie rozładowujemy złość, tym bardziej ona narasta. Czyli jeżeli jest to forma aktywna, typu bójka czy uderzanie w coś, to tym bardziej potem narasta w nas tendencja do złości i do tego, żeby ją w ten sposób rozładowywać. Ale nie jest też dobre kierowanie złości do środka, kumulowanie jej – badania prowadzone od lat, choćby przez zespół Jamesa Pennebakera, dowodzą, że jak kumulujemy złość w środku, to zaczynamy chorować, także fizycznie. Taką formą nierobiącą nikomu krzywdy jest mówienie, pisanie albo narysowanie tej złości. To może się wydawać śmieszne, ale weźmy kartkę, narysujmy tę złość, powiedzmy komuś o niej, a zauważymy, że emocje zaczną opadać.

Jako kobiety często słyszymy, że np. do trzydziestki powinnyśmy wyjść za mąż albo do 35. roku urodzić dziecko. Jak odróżnić własne potrzeby od tego, co nam narzuca otoczenie?

Teraz kobiety coraz częściej słyszą też, że w ogóle nie powinny mieć dzieci albo że dobrze mieć je później. I to też jest forma programowania. Tak więc te narracje są dwie, ta bardziej tradycyjna, patriarchalna, że trzeba wyjść za mąż i mieć dzieci, ale coraz częściej też pojawia się narracja typu: „nie myśl teraz o rodzinie, myśl o sobie, realizuj się w pracy, na studiach, a urodzenie dziecka zostaw sobie na później”. Jako psycholog motywacyjny mogę powiedzieć, że odróżnienie tego, czy robimy coś dlatego, że tego chcemy, czy dlatego, że oczekują tego od nas inni, jest bardzo trudne. I nie dotyczy to tylko roli, jaką mamy pełnić jako kobiety, ale większości celów, jakie sobie stawiamy. Posłużę się przykładem dziecka, które jest zmuszane do gry na pianinie – na początku samo mówi: „Mamusiu, tak bym chciał grać na pianinie”, więc matka kupuje pianino i zapisuje je do szkoły muzycznej. Później okazuje się, że to granie wymaga godzin ćwiczeń, powoduje ból palców itp. I nagle staje się zewnętrznym celem – dziecko już nie chce tego robić, ale matka je zmusza. Mija parę lat, dziecko wraca do domu, przeżyło jakiś stres w szkole. Siada do pianina, zaczyna grać i nagle odkrywa, że granie go relaksuje i że dzięki niemu może rozładować swoje emocje. I znowu gra na pianinie staje się celem wewnętrznym. Granica między tym, czy coś jest zewnętrznym celem, czy wewnętrznym, jest bardzo cienka. Myślę, że akurat w przypadku decyzji o macierzyństwie kobiety rzadko ulegają wpływom otoczenia i że są mało podatne na to, żeby słuchać, co mówią im inni.

Ewa Jarczewska-Gerc psycholog SWPS, zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »