Sukces rewiduje znajomości

fot.123rf

Jeśli z niepewnej siebie osoby przeobrazisz się w śmiałą i ambitną, to licz się z tym, że część twoich przyjaciół się wykruszy. Ale ci prawdziwi zostaną. O tym, jak sukces rewiduje nasze znajomości, opowiada coach Karolina Cwalina.
Czas zmiany, budowania swojego sukcesu – to moment próby dla naszych przyjaźni?

reklama

Nie dla każdej. Sama mam przy sobie ludzi, których bardzo cieszy moje szczęście czy powodzenie w sprawach zawodowych. Kibicowali mi od samego początku, przez wiele lat, i trwali przy mnie, kiedy tego potrzebowałam, wspierali w gorszych momentach i popychali do przodu. Tacy przyjaciele są ze mną do dziś i wiem, że będą zawsze. Natomiast prawda jest taka, że każda relacja ma swoją dynamikę – coś wnosimy my, coś innego wnosi druga osoba. Duża zmiana w życiu jednej ze stron zaburza to status quo. Siłą rzeczy zmienia się też relacja.

To znaczy?

Jesteśmy przyzwyczajeni, że nasz przyjaciel jest „jakiś”. Ma swoje wady oraz zalety, ale właśnie to w nim lubimy. Jeśli poznałyśmy przyjaciółkę jako niepewną siebie dziewczynkę, trudno nam nagle zmienić perspektywę i zobaczyć w niej silną kobietę sukcesu. Może okazać się, że dobrze nam było w sytuacji, kiedy była mniej przebojowa. Doświadczyłam tego na własnej skórze.

Schudłam kilkadziesiąt kilogramów, spełniłam swoje marzenia o byciu coachem, założyłam firmę „Sexy zaczyna się w głowie”. Wygląd, jak się okazało, był tylko małą cząstką mojej pracy nad sobą. Zmieniłam się głównie wewnętrznie. Uwierzyłam, że w końcu mogę działać i cieszyć się czasem, który już umiałam dobrze rozplanować. Wiedziałam, jak się motywować, aby sprostać wyzwaniom, które się przede mną pojawiały. Stawałam przed lustrem i potrafiłam się do siebie uśmiechnąć, nabrałam pewności, że jestem wartościowym człowiekiem, który nie boi się zmian i potrafi walczyć każdego dnia. Mogę więc śmiało powiedzieć, że doświadczałam różnych reakcji ludzi. Kilka osób było przyzwyczajonych do tamtej Karoliny – niepewnej siebie, która brak poczucia wartości pokrywała wiecznym uśmiechem, robieniem wszystkiego, żeby inni ją lubili. Byłam „siostrą z wyboru”. Kiedyś więcej mi wybaczano. „No bo ona taka biedna, chora”. Gdy wyszłam z ciężkiej choroby, a potem wzięłam się za siebie – niektórzy nie za bardzo wiedzieli, co z tym zrobić. Prawdziwi przyjaciele cieszyli się razem ze mną i byli bardzo dumni. Inni, których uważałam za bliskie osoby, potrafili powiedzieć, że mam po prostu szczęście w życiu i mogę sobie robić, co chcę… Bolało, ale też nauczyłam się stawiać temu czoła. Robię dalej swoje, wspieram kogo mogę, i widzę, jak dobro wraca. Grunt to się nie poddać, nieżyczliwi ludzie są wszędzie.

Nie wspierali cię?

Zaczęłabym w ogóle od tego, że chyba łatwiej wspierać osoby słabsze od nas, potrzebujące pomocy. Po pierwsze, czujemy się wtedy naprawdę ważni i potrzebni. Po drugie, taki ktoś nie jest dla nas konkurencją, a dzisiejszy świat powoduje, że często konkurujemy nawet z najbliższymi. To my w tej pozycji jesteśmy silniejsi. Ja mam stałego partnera, ona nie ma, ja mam dobrą pracę, ona nie. Porównujemy się z innymi, nawet jeśli sobie tego nie uświadamiamy. Jeśli porównanie wypada na naszą korzyć – możemy odetchnąć z ulgą i dawać komuś wsparcie. Zaspokajamy w ten sposób dwie istotne potrzeby – bycia ważnym i poczucia, że jesteśmy wyjątkowi. A nie jest łatwo być wyjątkowym na tle kogoś zaradnego, prawda? Oczywiście, nie zawsze pomagamy komuś z pozycji wyższości, ale bardzo często dopiero, gdy ktoś odnosi sukces, widzimy, co nas z nim naprawdę łączy. I czy to „wspieranie” to była reakcja na jakieś jego przejściowe kłopoty, czy raczej nieuświadomiony sposób na wzmacnianie swojego ego.

Zazdrość u swoich źródeł wiąże się z poczuciem wartości. Kiedy myślałam, że czegoś nie zrobię, nie umiem, nie nadaję się do tego, patrzyłam z zazdrością na innych, którzy potrafili, i zastanawiałam się, jak to robią, zamiast sama ruszyć do działania. Dziś, kiedy jestem szczęśliwa sama ze sobą, robię to, co kocham, i mam poczucie, że moje działania mają sens – jest zupełnie inaczej. Kibicuję innym, cieszę się, gdy spełniają swoje marzenia. Bo wiem, ile to ich kosztuje, jaką drogę muszą pokonać. Gdy patrzymy z boku, wszystko wydaje nam się takie łatwe. Lubię zawołanie: „Wstań, zrób to sam”. Często nie zdajemy sobie sprawy, że osoby, które osiągają tzw. sukces, po prostu bardzo ciężko na niego pracowały i innym zazdroszczą na przykład wolnego czasu. Trzeba po prostu robić swoje, nie oglądając się na innych.

Co jest dla nas trudne w sukcesie innych?

Sukces to pojęcie bardzo względne. Ale na ogół jako ludzi spełnionych postrzegamy tych, którzy osiągają swoje cele. To może nas złościć, szczególnie gdy my sami zamiast działać, wolimy narzekać, znajdować setki powodów, żeby nie realizować planów. Możemy wtedy zacząć unikać tej osoby albo dewaluować jej osiągnięcia.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »