Wielcy i sławni też mają lęki

fot.123rf

Świadomość, że znani artyści także cierpieli na schorzenia psychiczne, dla osób zmagających się z własnymi lękami bywa pocieszeniem. O tym, jak bardzo różniła się jednak pomoc,
jaką dostawał Prus czy Tuwim, od tej, jaką można uzyskać dzisiaj – z psychiatrą Sławomirem Murawcem rozmawia Tomasz Jastrun.

Boimy się pająków, myszy, latać samolotem. Niektórzy boją się nawet jechać windą, przejść przez most. Na agorafobię, lęk przestrzeni, fizyczny, psychiczny, a nawet metafizyczny cierpieli w ostrej postaci Bolesław Prus i Julian Tuwim, w słabszej Witkacy.

reklama

Lęk, kiedy się wisi nad przepaścią, to normalny instynkt, zagrożenie jest przecież realne. Agorafobia, jak wynika z nazwy, to lęk otwartych przestrzeni, schorzenie to jednak częściej dotyczy każdej przestrzeni oprócz tej jednej bezpiecznej, którą jest zwykle dom. Dom plus obecność kogoś bliskiego, kto w razie zagrożenia pomoże, wezwie pomoc, zareaguje. Już poza progiem zaczyna się lęk. Bywa tak silny, że nie do opanowania, zmuszający do powrotu. Wyjść można z domu, ale tylko z kimś, komu się ufa – tata, mama, żona… Ludzie odczuwają przerażenie już na ulicy, na przejściu dla pieszych. Agorafobia jest nerwicą, ale bywa bardziej inwalidyzująca niż najpoważniejsze choroby psychiczne, takie jak schizofrenia. Czasami człowiek przez lata nie wychodzi z domu.

Prusa i Tuwima chyba za bardzo nie leczono. Witkacy sam się „leczył” alkoholem i narkotykami.

Dzisiaj stosuje się leki przeciwdepresyjne i redukujące niepokój. I to działa! Zbliżony do agorafobii, często z nią współistniejący, jest lęk paniczny – ktoś ma poczucie, że zaraz oszaleje albo umrze, straci kontrolę nad sobą. To uczucie wielkiej grozy, wali serce, człowiek się dusi, poci, ciało alarmuje. Z moich doświadczeń jako lekarza wynika, że u źródeł lęku panicznego często leży doświadczenie umierania lub ciężkiej choroby własnej albo kogoś bliskiego.

Niedawno miałem pacjentkę, której dziecko było ciężko chore. Najpierw był lęk o nie, potem o bliskich, w końcu sama przestała wychodzić z domu. Pamiętam biznesmena, właściciela sieci sklepów, bał się dojechać do swego marketu samochodem, nękały go napady lęku panicznego. Okazało się, że jego współpracownik, z którym rozkręcał interes, zdrowy młody człowiek, nagle umarł. Pojawiły się u niego myśli: „taki młody mógł umrzeć, ja też mogę”, a parę miesięcy później napady lęku. Niedawno wszedł do mojego gabinetu imponująco zbudowany młody człowiek, patrzę niego z podziwem, niemal półbóg, siada i zaczyna płakać. Cała jego muskulatura była tylko obudową lęku. Kiedyś miał poczucie, że to już jego koniec, że umiera, rozpada się. Teraz ten lęk znów się pojawił.

Wróćmy do tej przestrzeni pod nogami lub nad głową, która tak nas przeraża.

Otchłań i przestrzeń może dawać uczucie wolności, tego doświadczają paralotniarze, otchłań ich pociąga, innych za to ogania groza bez granic. Widzę to też jako lęk przed utratą kontroli. Paralotniarz, nawet skoczek spadochronowy, walczą z przestrzenią, jakoś nad nią panują, ktoś, kto jedzie windą i ma pod nogami szyb, może czuć się bezradny.

Jedni bardzo się boją, inni w takiej samej sytuacji nic a nic, a może to jest czysto fizjologiczne i dotyczy choćby błędnika?

Ale gdzieś jest źródło, błędnik „pływa” w naszej psychice. Mogą być różne czynniki sprzyjające występowaniu tych problemów: narkotyki, alkohol, środki stymulujące. Naukowcy rozważają też wpływ nadwrażliwości na poziom dwutlenku węgla we krwi oraz wypadania płatka zastawki dwudzielnej w sercu, hipoglikemii, nadczynności tarczycy czy chorób układu oddechowego. Tak więc są to nie tylko przeżycia, lecz też inne czynniki. Ale moje doświadczenie pracy mówi, że wiele w tym lęku przed utratą kontroli, zagubienia. U źródła zwykle jest jakieś doświadczenie, trauma.

Tak na pewno było z Bolesławem Prusem, autor „Lalki” był dręczony przez lęk przestrzeni. Jak wspomina Wacław Horodyński, wszystko zaczęło się od kontuzji odniesionej przez Prusa podczas bitwy pod Białką (1 września 1861 r.): „Po bitwie dopiero znaleziono go, leżał na polu, skąd przewieziony został do któregoś z okolicznych dworów, gdzie zaopiekowano się nim”. Sam Prus pisał: „Ja, dawny ja, pochowany jestem z nadziejami moimi pod Białką, skąd drugi ja wyniósł dwumiesięczne szaleństwo, zwątpienie w tego rodzaju zabawy i kalectwo”. Współczesny mu Adam Breza pisał: „Prócz krótkowidztwa dręczyła Prusa obawa przestrzeni (agorafobia). Jedno i drugie postępowało z wiekiem. Znosiłem go na plecach z trzeciego piętra. Przez plac Saski trzeba było przeprowadzać. Nawet w wagonie kolejowym jadąc, zasłaniał sobie oczy, kiedy pociąg biegł trochę wyżej”.

Jakbym dzisiaj leczył Prusa? Porozmawiałbym z nim, by sam znalazł powiązanie między tym, co teraz przeżywa, a traumą, której doznał w przeszłości. Często pacjenci mówią: „zupełnie nie wiem, dlaczego to mi się dzieje”. Jeśli uda się znaleźć powiązanie, lęk nie ustępuje od razu, ale staje się bardziej zrozumiały, osadzony w kontekście życia i przestaje być magiczną siłą.

Zaproponowałbym mu pewnie leki z grupy przeciwdepresyjnych, które osłabiają lub znoszą objawy, oraz środek przeciwlękowy, by mógł sobie pomóc w sytuacji ostrego napadu. Przy kolejnej wizycie spytałbym, co sądzi o podjęciu psychoterapii. Jeśli miałby taką gotowość, wskazałbym mu psychoterapeutę.

Dr n. Med. Sławomir Murawiec psychiatra i psychoterapeuta; pracuje w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, ma prywatną praktykę.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »