Wojciech Eichelberger rozmawia o przebudzeniu

Wojciech_Eichelberger

Znany przede wszystkim z wybitnych osiągnięć na polu psychoterapii Wojciech Eichelberger przez lata konsekwentnie podążał drogą praktyk duchowych w tradycji buddyzmu zen. Trening zen ma na celu jedno: poznanie prawdziwej natury umysłu, inaczej mówiąc przebudzenie do niedualnej świadomości. Po wieloletniej praktyce przebudzenie dokonało się u Wojtka jako „delikatne, choć zasadnicze przesunięcie – ostatni krok na szczyt”.
W naszej rozmowie zastanawiamy się nad psychologicznymi aspektami tego doświadczenia, najczęstszymi pomyłkami tych, którzy popadają w euforię po pierwszym wglądzie oraz nad perspektywami samej psychologii, która dotychczas wzbraniała się przed wkraczaniem na „nienaukowe” obszary duchowości człowieka.

reklama

NIEUSTANNIE SZLIFOWAĆ ODNALEZIONY DIAMENT

– W twoim życiu psychologia od lat splata się z duchowością. Zacznijmy od psychologii. Jak to się stało, że się nią zainteresowałeś?

Stało się to trochę przez przypadek. Wyczytałem w informatorze dla zdających na studia, że właśnie na psychologii miałbym kontakt ze wszystkim, co mnie interesuje. Z medycyną od strony psychiatrycznej, z fizjologią, anatomią, filozofią. Potem, już na studiach przymierzałem się do naukowej psychologii eksperymentalnej. Jednocześnie, ponieważ moją specjalizacją była praktyczna psychologia kliniczna, zetknąłem się z psychoterapią i psychiatrią. Przez dwa lata po zakończeniu studiów pracowałem w psychiatrii – w ośrodku leczenia alkoholików, w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach… Napatrzyłem się i miałem dosyć. To mnie przerosło.

– Dlaczego?

Bo nie miałem narzędzi, by tym ludziom pomagać. Sposób w jaki ich się leczyło – i niestety nadal leczy – polegał na likwidowaniu objawów, a nie przyczyn. Istnieje odwieczna kontrowersja między biologicznym podejściem psychiatrycznym i psychoterapeutyczno-humanistycznym: czy przyczyna zaburzeń leży w mózgu, czy raczej w jego „oprogramowaniu”, czyli w umyśle albo w świadomości. Powoli szala przechyla się na korzyść szukania głębokich przyczyn zaburzeń psychicznych – a nawet somatycznych – w konstrukcji i działaniu umysłu. Tak więc zwycięża pogląd, że to świadomość kształtuje byt a nie odwrotnie – jak chcieli materialiści. Oczywiście nikt nie neguje istnienia zaburzeń psychicznych o podłożu genetycznym czy organicznym, ale to osobna i raczej wąska kategoria. Tak czy owak, miałem dosyć bycia psychologiem bezradnym. Do tego stopnia, że w którymś momencie postanowiłem, że zmienię zawód i zostanę reżyserem filmowym.

– O, to byłby ostry zwrot akcji.

Wysłałem już nawet papiery do Filmówki w Łodzi, kiedy okazało się, że na psychologii otworzono studia doktoranckie. W tym okresie trochę na marginesie moich podstawowych zajęć, zacząłem się zapoznawać z psychoterapią na poziomie profesjonalnym. Zetknąłem się z polskimi inicjatywami Kazimierza Jankowskiego i Jerzego Mellibrudy na polu psychiatrii humanistycznej, naczytałem się Kępińskiego i brytyjskich anty-psychiatrów.

W czasie moich studiów doktoranckich pojawił się ożywczy, nowy sposób myślenia o przyczynach cierpienia człowieka, zwany psychologią i psychiatrią humanistyczną. Trafiłem wreszcie do swojej bajki. Postanowiłem pójść za ciosem i oszczędzając jak wariat, uzbierałem na bilet do Stanów, aby skorzystać ze stypendium, które zaproponowali mi Amerykanie. I tam już wsiąkłem w psychoterapię na dobre. Zobaczyłem spektrum niesamowitych możliwości i sposobów pomagania, poznałem wielu twórczych i odważnych ludzi. Przy okazji przeszedłem kawał własnej terapii. Wtedy właśnie, w Kalifornii, po raz pierwszy zetknąłem się z buddyzmem zen. Od kilku lat szukałem tego typu inspiracji, bo przeczuwałem, że perspektywa duchowa musi odgrywać w poznawaniu ludzi i im pomaganiu ważną rolę.

Gdy spotkałem młodego mnicha zen, Gempo, przyszłego mistrza, który wiele lat później założył w Polsce swoją grupę i którego uczennicą była niedawno zmarła Małgosia Braunek, podjąłem decyzję, żeby pójść na sessin, ale sprawy osobiste ściągnęły mnie przedwcześnie do Polski. Może szczęśliwie się stało, bo wtedy jeszcze bym pewnie tego nie wytrzymał.