Zahipnotyzowani

fot.123rf

Trafiają do nas osoby, które były już wszędzie i hipnoterapię traktują jak ostatnią deskę ratunku. Uświadamiamy im, że to także proces, który trwa, ale przynosi rezultaty – mówi hipnotyzer Artur Makieła. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską obala mity na temat hipnozy i opowiada, na czym polega stan transu, którego wszyscy trochę się obawiamy.

Przyznam, że kojarzę ją głównie z filmów grozy lub dramatów psychologicznych. Czym właściwie jest hipnoza?

Gdy prowadzę kursy hipnozy, czasem mówię, że jeśli komuś uda się przedstawić jej kompletną definicję, to będzie miał u mnie szkolenie za darmo.

Dlaczego?

Hipnoza jest stanem, który trudno w pełni zdefiniować, choć możemy oczywiście określić jej pewne kryteria, jak to, że podczas wprowadzania w trans hipnotyczny obniża się częstotliwość pracy fal mózgowych. Najprościej ujmując, hipnoza jest przyjemnym i zdrowym stanem głębokiego relaksu, wyciszenia i rozluźnienia, podczas którego uwydatnia się nasza podatność na sugestie. Co więcej, każdy z nas wchodzi w taki stan niemal codziennie. My, hipnotyzerzy, po prostu wykorzystujemy ten naturalny proces.

To znaczy?

To zależy, czy mówimy o hipnozie terapeutycznej, czy scenicznej. Jeśli o terapii, to nasza praca koncentruje się na tym, by pacjent pozbył się lęków, fobii, przepracował traumy i związane z nimi emocje, ale też by zwiększył pewność siebie, poczucie własnej wartości, odkrył w sobie potencjał. Hipnoza ma także świetne zastosowanie w pracy ze sportowcami.

A czy z takimi problemami nie idzie się raczej do psychologa?

Świadomość społeczna co do hipnozy jest tak mała, że do nas, hipnotyzerów, trafiają osoby, które były już wszędzie. Traktują nas jak ostatnią deskę ratunku. Przychodzą jak po magiczne zaklęcie, które ich zmieni. A my uświadamiamy im, że praca z nami to też proces, który trwa, ale przynosi rezultaty. Pracujemy z ciałem, z wyobraźnią i na metaforze.

(…)

Więcej w marcowym numerze magazynu SENS.

 

Wydanie 03/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.