Zaplanuj swoje szczęście

fot.123rf

Potrzebny ci będzie notatnik, otwartość i sporo samozaparcia. I decyzja, czy jesteś gotowa pracować nad szczęściem dzień po dniu, przez rok, tak jak to zrobiła pisarka Gretchen Rubin. Efekt: wiele cennych spostrzeżeń, ale też niezła zabawa.
Każdy projekt – nawet tak abstrakcyjny, niemal niemierzalny jak szczęście – da się ująć w pewne ramy. Przerobić na biznesplan. Jak łatwo się domyślić, przodują w tym Amerykanie. I to właśnie pewna atrakcyjna, dość uporządkowana (choć niezupełnie) mieszkanka Nowego Jorku jest pomysłodawczynią Projektu Szczęście.

reklama

Nazywa się Gretchen Rubin, ma dwie córki, męża, przyjaciół i – jak podkreśla – bliskie relacje z rodzicami i teściami. Dyplom na wydziale prawa Uniwersytetu Yale i kilka wydanych tytułów w CV (m.in. biografie Winstona Churchilla i Johna F. Kennedy’ego).

Jest zdrowa i nie musi jeszcze farbować włosów (zakładając, że dane zamieszczone w jej książce pozostają aktualne). A mimo to któregoś wiosennego ranka zaczęła się zastanawiać, czy jest szczęśliwa. Skoro jest tak dobrze, skąd te kryzysy, kaprysy? Skąd tęsknota za innym miejscem czy czasem? Dlaczego tak mało radości i wdzięczności? Uznała, że „ma duże szanse zmarnować życie” i postanowiła coś z tym zrobić. Opracować własny sposób na szczęście. Zmienić się, a jednocześnie zaakceptować siebie. Mądrzej gospodarować czasem, ale też korzystać z przyjemności – spacerować i czytać do woli. Tak powstała książka „Projekt Szczęście. Albo dlaczego cały rok śpiewałam o poranku, sprzątałam w szafach, kłóciłam się jak należy, czytałam Arystotelesa i dobrze się bawiłam”.

Tabela Franklina

Rubin podeszła do wyzwania w bardzo metodyczny sposób. Obłożyła się książkami z różnych dziedzin: filozofia, psychologia, rozwój, biografie, literatura piękna. Od Platona, poprzez Tołstoja, po Oprah Winfrey. Zapoznała się z definicjami szczęścia. Utwierdziła się w przekonaniu, że – niezależnie do kultury, narodowości, wieku, pochodzenia – pragną go wszyscy. Na patrona swojej samorealizacji wybrała Benjamina Franklina. W swoim czasie (czyli w XVIII wieku) ów zacny mąż stanu wytypował 13 cnót, które postanowił pielęgnować, po czym sporządził tabelę i codziennie odnotowywał, czy dochowuje im wierności. Na czele jego listy znalazły się: umiarkowanie, milczenie i porządek. Oczywiście, każdy ma własne priorytety, inaczej rozumie samodoskonalenie i szczęście. Dlatego, zaczynając swój projekt, Gretchen Rubin nie miała wątpliwości, że będzie on jedyny w swoim rodzaju. Postanowiła poświęcić przedsięwzięciu rok, każdego miesiąca skupiając się na innym obszarze życia. Ostatni miesiąc miał zbierać wszystkie praktyki i postanowienia. Utrwalać nowe, zdrowe nawyki. Nieodłącznym elementem Projektu Szczęście stała się tabela, sporządzona na wzór tej Franklina. Rubin zapisywała w niej wszystkie postanowienia i codziennie rysowała stosowny znaczek („ptaszek” – jeśli stanęła na wysokości zadania, X – jeśli się z niego nie wywiązała). Niektóre z postanowień były, pozornie, bardzo proste. Jak to, od którego zaczęła: „Wcześniej kładź się spać”. Za temat przewodni pierwszego miesiąca pisarka wybrała witalność. Oceniła, że – by sprostać długoterminowemu wyzwaniu – musi nabrać sił. Bo więcej energii to więcej spokoju i cierpliwości.

Oczywiście, na wczesnym chodzeniu spać się nie skończyło. By zadbać o kondycję, rozpoczęła treningi z instruktorem. Kupiła krokomierz (ponoć minimalna aktywność, niezbędna do zachowania zdrowia, to 10 tysięcy kroków dziennie). Zrobiła gruntowne porządki w mieszkaniu, pozbywając się wszystkiego, co niepotrzebne. Załatwiła wszystkie zaległe sprawy z długiej, pięciostronicowej listy (odpowiedź na dawny e-mail, oddanie butów do szewca itp.). Zaczęła energiczniej się poruszać (zgodnie z regułą „Zachowuj się tak, jak chcesz się czuć”). Wprowadziła zwyczaj szybkich porządków przed snem i zasadę jednej minuty („Nie rezygnuj z żadnego zadania, którego czas realizacji nie przekracza minuty”). Na koniec zachwyciła się własną energią i satysfakcją, jaką dała jej uporządkowana przestrzeń.

Bransoletka Pollyanny

W drugim miesiącu eksperymentu zajęła się małżeństwem (mąż o niczym nie wiedział). Sporządziła listę z technikami antynarzekaniowymi – chciała przestać zrzędzić i złościć się. Postanowiła też nie obciążać męża troskami i okazywać mu miłość. Częściej go doceniać, a jednocześnie przestać oczekiwać nagród i pochwał za prace wykonane na rzecz domu. Trzymała się sentencji „nie kładź się spać zagniewana”. Co do wspomnianych technik: starała się na przykład nie narzucać niczego mężowi, argumentując, że to dla jego dobra („dorosły człowiek sam ma prawo zdecydować, kiedy włożyć ciepły sweter”). Czasem, zamiast utyskiwać, że zapomniał coś zrobić, wykonywała zadanie sama. Z ulgą powitała koniec miesiąca.

Kolejne rozdziały-miesiące poświęcone są pracy, rodzicielstwu, zabawie, przyjaźni, pieniądzom, pasji (książki), skupieniu, pozytywnej postawie życiowej i… wieczności, czyli tematom związanym ze śmiercią i duchowością.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »