Zawsze jest dobry czas na zmianę

123rf.com

Zacznij żyć tak, jak lubisz. Tego ci życzymy. Bo najlepszy czas na zmiany jest zawsze. Nieważne, ile masz lat, dzieci, pieniędzy na koncie czy porażek. Ani ile czasu czy energii będzie to od ciebie wymagało. Życie masz tylko jedno. Może więc skończ z wymówkami  i – jak nasze bohaterki – zacznij żyć tak, jak lubisz.
– Większości ludzi wystarcza to, że chcą się zmienić – zauważa coach Jarosław Gibas. „Sama zmiana nie jest im do niczego potrzebna. Deklaracja zmiany – owszem, bo czują się z tym lepiej. I tak sobie żyją, zadręczając deklaracjami siebie i wszystkich dookoła”. Ten cytat z książki „Życie. Następny poziom” wyświetlił mi się ostatnio na Facebooku. Zaraz po spotkaniu z przyjaciółką, która od lat narzeka na męża i pracę i… na tym poprzestaje. Cytat jak znalazł. Żeby jakoś odreagować przyjaciółkę, zaczęłam szukać osób, które nie tylko mówią o zmianie, ale też coś zmieniają. Na dobre. Przedstawiam trzy…

reklama

TRUSKAWKI NA HAMAKU

Martę Dziekanowską poznałam w redakcji, w której pracowałam. Siedziałyśmy biurko w biurko. Pisała bardzo dobre teksty, ale nie była całkiem szczęśliwa i spełniona.

– To był trudny czas – wspomina. – Obcięto nam wierszówki, mówiło się o zwolnieniach. A ja – kilkaset tysięcy kredytu do spłacenia, do opłacenia prywatne przedszkole, opłaty za mieszkanie, dwójka dzieci, z którymi jestem sama. Wpadłam w panikę. Jak ja sobie poradzę?

Pamiętam ten okres. Powoli stawało się jasne, że czytelniczki coraz częściej porzucają gazety na rzecz Internetu. My, dziennikarki, zaczęłyśmy się zastanawiać, czy nasza praca jeszcze ma sens.

– Postanowiłam uciekać do przodu – opowiada Marta. – Miałam skończone studia psychologiczne i zawsze chciałam pracować jako psychoterapeutka, ale były mąż nie pochwalał tego pomysłu: „za mało się zarabia” – kwitował. Przez całe lata dyplom leżał więc w szufladzie. Teraz, w wieku 34 lat, postanowiłam wreszcie zrobić z niego użytek.

Zapisała się na szkolenie z psychoterapii. Wydawało się, że to najgłupszy pomysł na świecie. Potrzebowała pieniędzy, a zafundowała sobie kolejne wydatki: tysiąc złotych co miesiąc! Przez cztery lata! Szybko okazało się, że nie wystarczy samo szkolenie – musi zacząć pracować z pacjentami. Do etatu w redakcji doszło więc jeszcze pół etatu stażu w szpitalu. Pod Warszawą. Oczywiście bezpłatnego. A Marta, przypominam, była mamą. Samotną mamą. Czuła jednak, że wybrała dobrze. Że najpierw będzie oszczędzać i ciężko pracować, ale potem… przyjdzie satysfakcja. I być może więcej pieniędzy.

– Gdy w szpitalu zaproponowano mi pracę na etacie, pomyślałam, że to jakiś znak – przyznaje. – Znak, że idę dobrą drogą. Nawet jeśli to droga pod górkę. Bardzo stromą górkę. Rzuciłam pracę w redakcji i dzień w dzień dojeżdżałam 50 kilometrów do swoich pacjentów. Za pensję 10 razy mniejszą niż ta w redakcji. I dwa razy mniejszą niż miesięczna rata mojego kredytu. Nie było mnie stać na życie, jakie prowadziłam dotychczas.

Marta sprzedała 80-metrowe mieszkanie w apartamentowcu przy metrze. Kupiła 50 metrów w obdrapanej kamienicy. Przeniosła dziecko do publicznego przedszkola. Omijała sklepy z markowymi ciuchami. – Dokładnie w momencie, gdy większość znajomych chwaliła się awansem zawodowym, a na Facebooka wstawiała zdjęcia z egzotycznych wyjazdów, ja mocno odczułam obniżenie stopy życiowej – opowiada. – Żeby dorobić do marnej szpitalnej pensji, gdy dzieci szły spać, pisałam artykuły. „Ty to jesteś odważna” – podziwiali niektórzy, inni uważali to za egoistyczny kaprys. A ja… widziałam, że w terapii, którą prowadziłam, zmienia się życie moich pacjentów, że pokonują depresję, lęki – i czułam, że jestem we właściwym miejscu.  

Pamiętam, napisała wtedy artykuł… O tym, że warto mieć marzenia i odważnie kroczyć w ich kierunku. – W małym mieszkanku, w którym nie było nawet balkonu, pisałam o domku z ogródkiem, o bujaniu się w hamaku i o robieniu w życiu tego, co się kocha – wspomina. – Takie były moje marzenia. Miały się spełnić „kiedyś”, bo w tamtym momencie nic nie zapowiadało, że moja sytuacja szybko się odmieni.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »