Po co jestem?

123RF.com

Jakie pytania trzeba sobie stawiać, aby w wieku 30 lat działać w intencji zmiany świadomości w skali globalnej? Jakie pytania zadają sobie ludzie, którzy otaczają czułą opieką chore, porzucone dzieci? A jakie ci, którzy odnajdują drogowskazy w świecie marzeń sennych oraz pomagają innym dobrze żyć?
Jak wyglądałoby nasze życie, gdyby nikt z naszych bliskich nie przeżył wojny? Joanna Miś zadała sobie to pytanie wiele lat temu, czytając o kulturach, które żyły w harmonii z naturą, troszczyły się o ziemię, dbały o więzi ze wszystkim, co żyje. Badacze ciągle odkrywają społeczności, które nie znały wojen; dla których kobieca moc rodzenia, dawania życia była święta. Pracowała w medialnych i motoryzacyjnych korporacjach. – Po kilku latach tak wypalającej pracy prawie codziennie płakałam – wyznaje Joanna.

reklama

Tym podstawowym pytaniem, które kazało szukać, nie dawało spokoju, było pytanie o sens: „czy moje działanie wnosi coś dobrego do świata?”. Miała 30 lat i czuła, że jej działania nie mają żadnego sensu. „I tak już zostanie? Tak przeżyję swoje życie, bez sensu?”

Zaczęło się od Stowarzyszenia Kobiet „Dakini”. – 11 lat temu Anija Miłuńska zaprosiła kobiety do wspólnego kręgu – opowiada Joanna. – Spotykałyśmy się, robiłyśmy ceremonie dla ziemi, wymieniałyśmy się doświadczeniami i dzieliłyśmy odkryciami. Pytałyśmy siebie: Co to znaczy być kobietą w obecnym świecie? Czym jest kobiecość? Czym jest poród? Czym jest ciało? W jaki sposób troszczyć się o nie? I oczywiście: Jak działać z sensem? Skąd czerpać siłę, aby iść własną drogą, nie ulegając modom i modelom współczesnej kultury?

Joanna: – Te spotkania i wymiana trwają nadal. Są źródłem mojej siły i wdzięczności. I odkryć, których sama bym nie dokonała. W ramach stowarzyszenia współorganizowała przyjazd do Polski Cristiny Biaggi, malarki, rzeźbiarki, kobiety, która od lat odwołuje się do zapomnianych tradycji religii Bogini. Biaggi przyjechała, spotkała się z kobietami, ukazały się wywiady, energia innego wzorca życia poszła w świat.

To zrodziło kolejne pytania: „Skoro udało mi się coś takiego, a przecież zaangażowałam tylko małą część swojej energii, to dlaczego nie miałabym zaangażować całej swojej energii? Skoro umiem skutecznie działać w niewielkim zakresie, dlaczego nie miałabym działać w dużej skali?”.

Złożyła aplikację do Greenpeace, międzynarodowej organizacji pozarządowej działającej na rzecz ochrony środowiska naturalnego. I została przyjęta. Koordynuje prace na rzecz zrównoważonego rolnictwa i wyeliminowania GMO – organizmów zmodyfikowanych genetycznie używanych w produkcji żywności.

Musimy się z tym liczyć, że w każdej chwili dzieci mogą odejść do swoich rodziców. Ci mają do spełnienia dwa warunki: przestać pić i znaleźć stałą pracę. Ale okazuje się, że to nie takie proste, trzeba samozaparcia, żeby się zmienić, więc na obietnicach się kończy.

– To jest kampania zmierzająca ku zmianie świadomości – wyjaśnia Joanna. – Nie jesteśmy władcami świata, nie możemy bezkarnie niszczyć ekosystemów w imię chciwości, pomnażania zysków za wszelką cenę. Współistniejemy z całym życiem na ziemi, więc niszcząc to życie, zabijamy siebie. GMO nie jest wybawieniem świata od głodu. Kraje rozwijające się nie chcą GMO, ponieważ uzależnia je od kolejnej drogiej technologii. Pomóc biednym krajom można tylko w jeden sposób – wspomagając lokalne rolnictwo, regionalne uprawy, bioróżnorodność. Ziemia jest żywą istotą, naszym domem, o który musimy się troszczyć, aby dobrze żyć.

Można pytać: „czy to nie kolejna utopia?”. Też się nad tym zastanawia. Mówi jednak: – Życie pokazuje, że garstka ludzi może zmienić świat. Gdy sufrażystki walczyły o prawa kobiet, było oczywistością, że kobiety nie mogą głosować, nie mogą się uczyć, nie mogą o sobie decydować, mogą być bite. To było oczywiste przez wiele wieków. Ale teraz już nie jest. W Szwajcarii kobiety zyskały prawa wyborcze dopiero w 1976 roku! Greenpeace jako pierwszy protestował przeciwko próbom jądrowym. Jeszcze niedawno nikt z nas nie myślał o segregowaniu śmieci. Ileż idei było utopijnych jeszcze tak niedawno! – dodaje Joanna. – Jesteśmy przesiąknięci wzorcem świata, w którym przemoc jest oczywistością. Jednak to nie jest oczywiste, że ludzie muszą się zabijać. Wiele społeczności na całym świecie już to rozumie i działa w kierunku zmiany paradygmatu. Możemy stworzyć zupełnie inny wzorzec. To ma sens.

Możemy na przykład zacząć od zmiany sposobu, w jaki nasze dzieci przychodzą na świat. – Zaszłam w ciążę i stanęłam przed pytaniem: jak chcę urodzić dziecko? 90 procent rodowitych Holenderek rodzi w domu i to są najszczęśliwsze dzieci w Europie, tak wynika z badań – mówi Joanna.

Rodziła w domu narodzin z położną i z dulą (kobietą, która służy rodzącej duchową pomocą) w sposób naturalny, zgodny z rytmem ciała jej i dziecka, bez chemicznych środków znieczulających. Zaraz po porodzie przytuliła córeczkę do serca. Wierzy, że przyjmując dzieci w ten sposób, wnosimy do świata nową jakość, tworzymy nowy paradygmat.Przestała używać jednorazowych pieluch (używa tylko materiałowych), bo „koszmarnie zanieczyszczają środowisko”. Dużo pracuje. Przejmuje ją los ziemi, kobiet, dzieci, zwierząt. Jak żyje się pod prąd? Czasem pyta siebie, jak inaczej mogłaby żyć. I nie znajduje odpowiedzi.

My pomagamy, a one nas uczą

Halina Brzozowska pamięta ten moment, jechała tramwajem i zobaczyła plakat: kilka par idzie przed siebie, widać ich plecy, i tylko jedna się zatrzymuje, kobieta i mężczyzna odwracają głowy. Dzieci z trudnych rodzin szukają domu, daj im szansę. Wieczorem tego dnia usiadła z mężem przy stole. Czy możemy pomóc? To było to pierwsze pytanie. – Chciałam pomóc – mówi Halina. – Tak, spodobał mi się ten pomysł – mówi Artur.

Myśleli o adopcji. Jednak wiele rodzin pragnie zaadoptować dzieci. Dzieci, które potrzebują opieki, ale nie spełniają kryteriów adopcyjnych, nie mają szans na dom. Kto im pomoże?

Mieszkali wówczas z siedmioletnią córką Kamilą w trzech pokojach z kuchnią. Oboje pracowali i zarabiali. Uznali, że mają warunki, aby przyjąć dziecko. A potem drugie. A potem trzecie.

Trzyletnią Wiktorię odwiedzali w domu małego dziecka i szkolili się na rodziców zastępczych. Gdy po roku zamieszkała z nimi, była malutka, wychudzona, uczulona na wszystko, sikała tam, gdzie stała, pluła, drapała, gryzła. Czteroletni Dawid nie mówił, bełkotał. Był uzależniony od telewizji, chory na padaczkę. Cztery lata spędził na oddziale noworodków, ponieważ nikt go nie chciał. Dziesięcioletni Arek rzucał się na jedzenie, a w nocy z przejedzenia bolał go brzuch, nie mógł spać. W szkole bił kolegów. Gdy miał cokolwiek napisać w zeszycie, płakał pół godziny.

Przy dzieciach wyszlifowali talenty menedżerskie, dopinają organizacyjnie dziesiątki terminów. Wszystkie dzieci są odprowadzane do szkoły i przyprowadzane. Wożone do lekarzy. Dawid jest pod stałą opieką neurologa, psychologa i logopedy. Dom, codzienne gotowanie, pomoc w lekcjach, zakupy, ubrania, planowanie wakacji, pisanie comiesięcznych raportów o rozwoju każdego z dzieci: czujność od rana do nocy. A we wrześniu, gdy dzieciaki idą do szkoły, Halina i Artur biorą udział w mistrzostwach ekonomicznych: jak to zrobić, żeby wystarczyło pieniędzy.

Najtrudniejsze: kontakty z rodzinami biologicznymi. I kontakty z urzędami powołanymi do pomocy takim rodzinom jak oni.

Co to znaczy być kobietą w obecnym świecie? Czym jest kobiecość? Czym jest poród? Czym jest ciało? W jaki sposób troszczyć się o nie? I oczywiście: Jak działać z sensem? Skąd czerpać siłę, aby iść własną drogą, nie ulegając modom i modelom współczesnej kultury?

– Mama biologiczna zapowiada wizytę, dziecko czeka, bo pójdą do kina, do McDonalda – opowiada Halina. – Mija godzina, dwie, trzy, mamy nie ma. Dziecko płacze. Albo mama naobiecuje: „już niedługo cię zabiorę, znajdę pracę, będziemy razem”. Musimy się z tym liczyć, że w każdej chwili dzieci mogą odejść do swoich rodziców. Ci mają do spełnienia dwa warunki: przestać pić i znaleźć stałą pracę. Ale okazuje się, że to nie takie proste, trzeba samozaparcia, żeby się zmienić, więc na obietnicach się kończy.

Przestrzegano ich, aby nie wiązali się z dziećmi emocjonalnie, bo one mają rodziców. – Ale jak się nie wiązać? – pyta Halina. – Wiktoria mówi do nas „mamo”, „tato”, ma głód tych słów. – Gdybyśmy się nie wiązali, dzieci nie robiłyby postępów – mówi Artur.

Halina odeszła z pracy w korporacji (pracowała w fabryce leków). Jest teraz zawodową mamą, dostaje za to pieniądze, niewielkie. W zeszłym roku Artur stracił pracę. Ledwo przetrwali finansowo. (Teraz pracuje w „Wedlu” przy produkcji ptasiego mleczka). Zwracali się do różnych urzędów o pomoc, bezskutecznie. Prosili gminę o udostępnienie dla dzieci małego mieszkania, od lat pustostanu, odmówiono. Dziesięć miesięcy temu zwrócili się do Warszawskiego Centrum Pomocy Rodzinie o wsparcie w kupieniu większego samochodu dla rodziny, ale dotąd nie dostali odpowiedzi. Po pięciu latach tworzenia rodziny zastępczej mówią: raczej nie ma co liczyć na państwo. – Niemcy zrobili badania, z których wynika, że kobieta, która pracuje w domu, przynosi większy dochód niż mężczyzna na etacie – mówi Artur. – Dopilnowane, zadbane dzieci nie chorują, są zdrowe psychicznie, wchodzą w życie silne. – Dzieci są narodowym dobrem – dodaje Halina.

W Warszawie są dwie wielodzietne zawodowe rodziny zastępcze. Dzieci, które potrzebują takich rodzin, jest 750. Domy dziecka bardzo dużo nas kosztują (utrzymanie jednego dziecka 3–5 tysięcy), a przecież w żadnym stopniu nie są dla dzieci domem. Dlaczego rodziny zastępcze muszą walczyć o finansowe przetrwanie? Jak to możliwe? To moje pytania po wielu wizytach w takich domach. – Czy odnieśliśmy sukces? – powtarzają moje pytanie. – Oczywiście – mówią bez chwili wahania.

Wiktoria podzieliła wyraz na głoski, coraz ładniej mówi, tańczy. Dawid nauczył się jeździć na rowerze. Dzieci brną do przodu, robią postępy. Są ze sobą zżyte jak rodzeństwo. Gdy któregoś akurat nie ma, tęsknią, nie mogą się doczekać, kiedy wróci.

– Jedziemy do rodziny i wszyscy nas pytają, co robimy, że mamy takie grzeczne dzieci – opowiada Artur. – Są wdzięczne, gdy coś dostają, dziękują, nawet za używane ubrania.

– Czy sukces to ściganie się z innymi? – pyta. – Dla mnie sukcesem jest pojechać z dziećmi do lasu. Nauczyć się gry na bębnach, pobiec w maratonie.

Sukces będzie wtedy, gdy dzieci staną się samodzielne, wejdą w dorosłe życie i poradzą sobie. I od czasu do czasu zadzwonią.

Pytają siebie, jaki sens ma to, co robią. – Gdy wstaję rano zmęczony i widzę wkoło bałagan, bo nie zdążyli wczoraj sprzątnąć, to przez chwilę myślę, że ja chyba nie lubię dzieci – śmieje się Artur. – A poważnie – idziemy razem przez życie. Przy dzieciach nie ma ściemniania, trzeba być prawdziwym, otwartym. My opiekujemy się nimi, a one nas uczą.

Oczy przybierają kolor rzeki

Od dziesięciu lat prowadzi ich pytanie: Czy możemy zaufać snom i przeczuciom, czemuś, co wykracza poza rzeczywistość, którą znamy?

Joanna Dulińska i Michał Duda spotkali się na warsztacie terapeuty ze Stanów pracującego metodą psychologii zorientowanej na proces. Byli oszołomieni skutecznością pracy z pacjentem bez słów, jedynie w oparciu o symptomy z ciała. Joanna od dwóch lat uczyła się psychoanalizy. Michał studiował psychologię. Pojechali na szkolenie do Stanów. Z grupą znajomych zarejestrowali Polskie Towarzystwo Psychologii Zorientowanej na Proces, a potem szukali miejsca na jego siedzibę.

Ale zanim to się stało, Joanna miała sen: Brigitte Bardot leży naga w wannie pełnej piany. Wokół niej zebrali się dziennikarze, którzy pytają ją o dzieciństwo. Ale co dziwne: nikt nie zwraca uwagi na to, że aktorka jest naga. I nagle ona zaczyna wymiotować, jak ktoś ciężko chory. Ale w dalszym ciągu nikogo to nie obchodzi.

– Psychoanaliza koncentruje się na wspomnieniach z dzieciństwa, na analizowaniu – wyjaśnia Joanna. – Psychologia zorientowana na proces – na ciele i snach, a więc na tym, co jest poza słowami. W psychoanalizę zainwestowałam już sporo czasu i energii. Sen o Bardotce pokazał mi inną perspektywę. Pytałam siebie, czy to rozsądne zostawić coś, co jest znane i uznane, i pójść za tym, co dla mnie nowe?

Szukali miejsca dla stowarzyszenia. Oglądali duży dom na peryferiach Warszawy, półtorej godziny od centrum miasta. Z siódemki członków stowarzyszenia tylko im się spodobał. Była jesień, krążyli po ogrodzie, zbierali orzechy, patrzyli na dzikie wino i snuli wizje wspólnej pracy. Coraz bardziej skłaniali się do tego, aby wynająć dom we dwoje. To był szalony pomysł: dom był za duży, za drogi (astronomicznie drogi), za daleko. I wtedy Joanna miała kolejny sen – jasny, oczywisty: – Siedzimy z Michałem, a przed nami duża księga, rozłożona. Ja piszę w niej po prawej stronie, on po lewej. Piszemy jedną książkę! Wynajęli dom. Zamieszkali na górze – on w jednym pokoju, ona z synem w drugim. Na dole odbywały się zajęcia, warsztaty i szkolenia. Po roku byli parą. Swój ośrodek nazwali Poza Centrum.

Mijały lata, zmienili miejsce, założyli własną szkołę Instytut Psychologii Procesu. W kilku miastach w Polsce powstały ośrodki terapeutyczne, które są afiliowane przy instytucie. Społeczność skupiona wokół szkoły to już ponad 100 osób. Co roku wyjeżdżają do Stanów na szkolenia. Cztery razy w roku przez tydzień prowadzą terapeutyczne zajęcia dla pacjentów z psychozami w Domu Pomocy Społecznej w Mościszkach, bo – jak mówią – zależy im na wspólnotach.

W Warszawie są dwie wielodzietne zawodowe rodziny zastępcze. Dzieci, które potrzebują takich rodzin, jest 750. Domy dziecka bardzo dużo nas kosztują (utrzymanie jednego dziecka 3–5 tysięcy), a przecież w żadnym stopniu nie są dla dzieci domem.

Prowadzą też warsztaty rozwoju osobistego. Każdy warsztat jest inny, ponieważ pomysły płyną ze snów. Na przykład warsztat o bliskich związkach z dwóch snów Joanny. – Idę drogą, spotykam diabła. Mijam go. Idę dalej, spotykam diablicę, przestraszyłam się, jej nie jestem w stanie wyminąć.

Drugi sen: – Na dwóch brzegach rzeki stoją ludzie, patrzą na siebie. Rzeka wzbiera. Ludzie wchodzą do rzeki, i w niej się spotykają, ich kolor oczu zmienia się – teraz przybiera kolor rzeki.

– Pierwszy sen z diablicą i z diabłem jest o uwodzeniu – wyjaśnia Michał. – Drugi o wchodzeniu w głębsze relacje; o wchodzeniu do wspólnej rzeki, która płynie. Warsztat o związkach był właśnie o tym: w jaki sposób tworzymy bliskie relacje?

Niedawny sen Joanny: – Stoję na plaży, przede mną morze. Odpływ, woda się cofa, idę w głąb morza, aż dochodzę do obcego kraju, za mną idą ludzie. Czuję się zagubiona.

Joanna: – Mocne, wyraźne sny śnię, gdy jesteśmy na rozdrożu, gdy pojawiają się nowe wyzwania. Niedawno dostaliśmy zaproszenia z Chorwacji, Irlandii i Słowacji. Zaczynamy więc międzynarodowe projekty, będziemy jeździć, współtworzyć zagraniczne szkoły, uczyć, doradzać.

– Pojawiło się mnóstwo pytań – mówi Michał. – Co oni w nas widzą? Co im się śni na nasz temat? W jaki sposób to, co nam się śni, ma wartość dla międzynarodowej społeczności?

Podstawowe pytanie, gdy stoją na rozdrożu: – Czy to, co chcemy zrobić, jest dobre i właściwe, nawet jeśli nie jest przyjemne?

Michał: – Problem polega na tym, że chcielibyśmy podążać za snami – szczególnie gdy rzeczywistość, w której żyjemy, jest już dla nas nie do zniesienia – ale nie wysilić się. Jednak przekraczanie wewnętrznych ograniczeń wymaga wysiłku, odwagi i zaufania.

Pytania w ich związku? Są trochę rozbawieni, gdy o tym mówią. Joanna: – Czy tak tworzy się miłosny związek? Od snu, wspólnej pracy? Czy na początku nie powinno być więcej szaleństwa, fajerwerków?

Michał: – Mamy konflikt. Dopóki nie znajdę odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób ona ma rację, nie brnę dalej. Jeśli chcę się dogadać, muszę zrozumieć, w jaki sposób to, co ona mówi i czuje, jest ważne dla naszego bycia razem. I jeszcze: – W jaki sposób to, co nas połączyło, jest w nas ciągle żywe?

Odnalezione miejsce

Pytania doprowadziły ich do takiego oto miejsca: Joanna: – Od wieków żyjemy w paradygmacie rywalizacji i przemocy, który niszczy związki, matkę ziemię i nas samych, ale nie zawsze tak było. I nie musi być. Halina i Artur: – Chcieliśmy dać coś z siebie – sobie, innym, społeczeństwu. Robimy dobrą robotę. Joanna i Michał: – Od dziesięciu lat prowadzą nas sny, które śnimy. I udaje nam się.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »