Policzyć do dziesięciu. Odetchnąć.

fotochannels.com

W domu oraz w pracy dzień po dniu możemy ćwiczyć się w uważności. Otwórzmy się na wszystko, co niesie relacja z partnerem, z dzieckiem, z koleżanką z pracy, także
na tzw. trudne chwile.

– Twoje dzieci stają się twoimi nauczycielami – mówiła Myla Kabat-Zinn na spotkaniu z rodzicami. – Ty je uczysz, one uczą ciebie. Są małymi żyjącymi Buddami, mistrzami zen, odzwierciedlają miłość, życie, piękno, inteligencję.
– Nasi partnerzy życiowi są naszymi najlepszymi nauczycielami
– przypominał Jon. – To właśnie dla tych, których kochamy najbardziej, rezerwujemy najdoskonalsze wydanie naszego gniewu i irytacji. Dlatego w relacjach z nimi tak skutecznie możemy trenować uważność, możemy się zmieniać, rozwijać, akceptować to, jacy jesteśmy i kim jesteśmy.

reklama

Patrzeć na niego od nowa
Agnieszka Flisiak, mama 19-letniego Michała i 11-letniej Justyny, 21 lat w związku z Jackiem, wie, o czym mówią Myla i Jon. Gdy patrzyła na swoje małe dzieci, widziała czyste bycie tu i teraz, bo dziecko jest w stu procentach sobą, jest płaczem, pytaniem, śmiechem, zdziwieniem. Ostatnio wiele myślała o swoim małżeństwie. O ile uważność w stosunku do dzieci przychodzi jej naturalnie, o tyle mężczyznę uczy się uważnie kochać, no cóż, dopiero od niedawna.

– To jest pułapka, w którą wpada wiele par. Im dłużej ze sobą jesteśmy, tym bardziej zaczynamy patrzeć na siebie nie jak na ukochane istoty, ale jak na „nie dość dobrych”, by dalej ze sobą żyć – mówi Agnieszka. – Widzimy ją, jego przez pryzmat tego wszystkiego, co się w związku nie udało. Taka masa programów i filtrów w naszych głowach! I one przesłaniają tę chwilę, która właśnie trwa, i nie pozwalają ucieszyć się i zachwycić sobą nawzajem.
Więc każdego dnia stara się patrzeć na swojego mężczyznę jak na kogoś dopiero poznanego, tajemniczego, z ciekawością i zaintrygowaniem. Właśnie ciekawość wydaje się tu kluczowa.
– Ciekawość, czyli chęć wejścia w jego świat i zaproszenie do mojego świata. Ale te światy cały czas się zmieniają, bo życie płynie. Bez otwartości na przemiany w nas każda relacja, z dzieckiem, z partnerem staje się „trudną miłością”.

Dopiero niedawno zrozumiała, że ona i tylko ona decyduje, czy chce czuć się szczęśliwa, czy niekochana i nierozumiana. Że w każdej chwili ma wybór – czy nastawić się tylko na siebie, na swoją „prawdę” i ból, czy otworzyć się na związek, zaufać. – To nie lęki, nakazy czy zakazy cementują związek i tworzą przestrzeń dla miłości – mówi Agnieszka. – Nie kontrola, źle pojmowana czujność. Nic z tych rzeczy. Miłość to wolność i szacunek. Przecież tego pragnę od mężczyzny. Dlaczego on nie miałby pragnąć tego samego ode mnie?
To jest proces otwierania się na wszystko, co przynosi relacja z drugim człowiekiem, także na tak zwane złe chwile, bo wszystko dzieje się po coś, każdy moment jest szansą na zmianę, na początek czegoś pięknego, pełnego i prawdziwego. Zatrzymać się, policzyć w myślach do dziesięciu, zanim się wybuchnie, udzieli genialnej rady, pouczy. Zatrzymać się! Wcale nierzadko liczy do dziesięciu podczas rozmowy z mężem czy z dziećmi. Wchodzi w świat dzieci. Siadała z synem przy komputerze i poznawała ulubionych bohaterów jego gier, teraz rozmawiają o wszystkim, także o seksie i o narkotykach. Z córką robią sobie wieczory piękności w łazience – to także przestrzeń i czas na rozmowy o kobiecości. Stara się słuchać, być obecna i uważna. Gdy dziecko wraca ze szkoły, próbuje być przy nim, w jego uczuciach, niekoniecznie je zmieniać. Jeden ze sposobów na wewnętrzne zharmonizowanie to położyć się obok dziecka „na łyżeczkę”, równo z nim oddychać. Co nie znaczy, że nie troszczy się o siebie. Gdy nie może oderwać się od ważnej książki, zamawia pizzę na rodzinny obiad, mówi córce czy synowi: jeśli to, z czym do mnie przychodzisz, może poczekać, będę cała dla ciebie za godzinę.

– Dzieci po swojemu wybierają ludzi, z którymi chcą być, wybierają studia, które mogą budzić wątpliwości, zaskakują decyzjami. Ale przecież są doskonałe w tym, jakie są, idą swoją drogą. Przeżywają życie po swojemu. Mówią „nie”, nie boją się tego. Czy to nie fantastyczne?

W pracy spokojnie i skutecznie
– Budziłam się o trzeciej nad ranem. Brałam leki nasenne. Przeżywałam potężny stres związany z pracą – opowiada Dorota Żołnierczyk-Zreda, kierowniczka Pracowni Psychologii Pracy w Centralnym Instytucie Ochrony Pracy – Państwowym Instytucie Badawczym. – Bałam się, czy moje badania są metodologicznie poprawne, wyrzucałam sobie, że nie piszę artykułów, nie wyrabiam się z terminami.

Perfekcjonizm, nieustanne „powinnam” kilkanaście lat temu doprowadziły ją do konieczności szukania dla siebie ratunku. Zaczęło się od „siedzenia”, czyli medytacji. – Skoro i tak nie spałam, pomyślałam, że przecież mogę w tym czasie medytować. Nad ranem jest tak cicho i spokojnie. Trzy godziny zajmowało mi uspokojenie rozbieganego umysłu. Ale z czasem odczuwałam coraz więcej przyjemności z siedzenia, rozsmakowałam się w tym.
Szukała inspiracji, kontaktów z mądrymi ludźmi. Poznała Jacka Santorskiego, który właśnie – dziesięć lat temu – wrócił ze Stanów od Jona Kabata-Zinna. W ramach projektu badawczego realizowanego w CIOP-PIB przeprowadzili badania, których celem było sprawdzenie, na ile skuteczny w łagodzeniu skutków stresu jest ośmiotygodniowy trening uważności dla menedżerów, kobiet i mężczyzn pracujących powyżej dziesięciu godzin dziennie. Spotykali się raz w tygodniu na cztery i pół godziny, uczyli się medytacji, jogi, oddechów, uważności. Słuchali wykładów z psychologii osobowości i etyki biznesu. Po szkoleniu uczestnicy zobowiązali się, że codziennie będą medytować przez 45 minut, a przez cały dzień będą ćwiczyć uważność, zaczynając od uważnego jedzenia. Stanowili grupę kontrolną. Gdy po roku Dorota z zespołem ekspertów przebadali menedżerów, efekty były zdumiewająco pozytywne, a co najważniejsze – trwałe. Osoby uczestniczące w treningu zaczęły doświadczać spokoju umysłu, wewnętrznej równowagi: obniżył się ich poziom lęku, smutku, złości, irytacji. Lepiej niż przed rokiem oceniały stan swojego zdrowia, zmniejszyły się bóle głowy, rzadziej odwiedzali lekarzy. Lepiej oceniali współpracowników, nawiązali przyjacielskie kontakty. – Byliśmy zachwyceni – mówi Dorota. Później podobne treningi i szkolenia prowadziła dla nauczycieli, pracowników społecznych domów opieki, domów dziecka, dla lekarzy i pielęgniarek, bo to grupy zawodowe szczególnie narażone na wypalenie. W swojej pracy dzień po dniu ćwiczy uważność. – Nie mam ambicji, żeby rozmawiać z trzema osobami równocześnie, rozmawiam z jedną, ale nie w korytarzu czy w przelocie, wybieram spokojne miejsce – mówi. – Nie odbieram w tym czasie e-maili, nie rozmawiam przez telefon. Tylko jedna sprawa i jedna osoba w danym czasie. Negocjuję obciążenia ze swoimi szefami, aby pracy nie było za dużo, i moi pracownicy negocjują swoje obciążenia ze mną. Bo to jest niezbędne dla skuteczności działania i jakości pracy; potrzebujemy czasu na planowanie i myślenie strategiczne. Nie śpieszę się, lepiej porządnie zadbać o siedem spraw niż byle jak o dziesięć.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »