Siedem twarzy kobiety

Co to znaczy być stuprocentową kobietą? Nasza kultura podsuwa proste wzorce. Kobieta ma być miła, uległa, zadbana. Łagodna i opiekuńcza. Gotowa do poświęceń. Kulturowe stereotypy duszą naszą psychikę równie mocno, jak kiedyś nasze ciało dusił gorset.
Przestań, dziewczynki tak się nie zachowują – słyszy kilkulatka, gdy wyrywa koledze zabawkę. Nie wystarczy urodzić się dziewczynką, aby wyrosnąć na „prawdziwą” kobietę. Musimy jeszcze zachowywać się zgodnie ze stereotypowymi wyobrażeniami płci panującymi w naszej kulturze. W procesie wychowania pełnią one taką samą funkcję jak w mitologii greckiej prokrustowe łoże, na którym kładziono wędrowców zmierzających do Aten. Jeśli byli zbyt mali, naciągano ich do odpowiednich rozmiarów jak na łożu tortur. Gdy byli zbyt wysocy, przycinano im wystające członki. Rodzice i wychowawcy codziennie przycinają dzieciom wystające członki i naciągają to, czego im brakuje, aby w przyszłości mogły się stać prawdziwą kobietą lub prawdziwym mężczyzną. Ale co to znaczy? Nasza kultura tworzy prostą dychotomię. Co nie jest męskie, to jest żeńskie. Męskość to siła, aktywność, niezależność. Nam pozostaje słabość, bierność i uległość. Jeśli chcemy, by uznano nas za prawdziwe kobiety, a nie kobietony czy zołzy, ukrywamy swoją siłę i waleczność. Dostosowujemy się do zewnętrznych wzorców, odcinając od tych części naszej psychiki, które do nich nie pasują. Rezygnujemy z ujawniania naszych mocnych stron, by nie zaszkodzić swojej kobiecości. „Potrafię naprawić zamek, zmienić koło, wymienić uszczelkę, ale udaję przed mężem, że musiałam wezwać fachowca. Dlaczego? Chcę, żeby widział we mnie kobietę” – oto wypowiedź jednej z uczestniczek warsztatów na temat kobiecości. Inne również bez trudu znalazły sytuacje, w których rezygnowały z ujawnienia swoich kompetencji albo uznały z góry, że mężczyzna potrafi coś lepiej, bo jest mężczyzną. I mężczyznom świetnie to służy. Ale nam?

reklama

Nasza kultura przez wieki wspierała jeden rodzaj kobiecości. A kobiety różnią się przecież od siebie. Spójrzmy na greckie boginie, one dalej w nas żyją w postaci archetypów – twierdzi Jean Shinoda Bolen, profesor psychiatrii, psychoanalityczka jungowska, autorka słynnej książki „Boginie w każdej kobiecie” (Jacek Santorski & Co 2006). Każda z nich była inna, ale żadnej nie sposób odmówić kobiecości.

Boginie urodziły się i żyły w patriarchacie, nic dziwnego, że niektóre z nich budują swoją wartość na związku z mężczyzną. Ale nie wszystkie. Artemida, Atena i Hestia stanowią wzorce kobiecej autonomii. Każda z nich przystosowała się do patriarchalnej rzeczywistości na swój własny sposób. Artemida – izolując się od mężczyzn, Atena – wkraczając na męskie terytorium i stając się sojuszniczką mężczyzn mających władzę, Hestia – wycofując się do swojego wnętrza.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »