Wszystko – Jedno. O biegunowości uczuć

Czy człowiek jest w stanie otworzyć się na całe bogactwo swoich możliwości, odkryć wszystko, czym jest, spróbować każdego smaku? Czy naprawdę nie można być opiekuńczą i rzeczową zarazem, punktualną i figlarną, wrażliwą i konkretną? Dlaczego tak wiele uczuć lekceważymy ze względu na ich biegunowość?

reklama

Przez lata marzyłam o małym domku za miastem, z dala od zgiełku, samochodowych spalin, niepotrzebnego gwaru, i wszystkich tych cywilizacyjnych produktów ubocznych. Jednak kiedy już wyprowadziłam się z betonowego bloku i zamieszkałam w najprawdziwszej „dziurze”, w ekologicznej chałupie, z piecem chlebowym pośrodku, ze starą studnią na podwórzu (z której mogłam czerpać do woli wodę mineralną niegazowaną), z ogródkiem, gdzie każdy oddech odurzał zapachem maciejki, bzu bądź kapusty, i gdzie niebo gwiaździste nade mną… to nie wiedziałam już na pewno, czy wolę słuchać śpiewu słowika, czy raczej przechadzać się tętniącą życiem ulicą w San Francisco. Podobnie ambiwalentnych uczuć doświadczałam setki tysięcy razy na minutę, co nie rokowało nadziei, że mały biały domek jest ostatnim stadium mojej mieszkalno-bytowej ewolucji, jak to wcześniej przewidywałam.

Tak więc stopniowo, z pewną dozą niepewności, zaczęłam odkrywać w sobie coraz więcej podobnego pomieszania. Zauważyłam też, że wiele z uczuć lekceważę, właśnie ze względu na ich biegunowość.

Moja koleżanka mówiła mi, że gdy pewnego razu podnosiła głos na niesforne dzieciaki, jej mąż przypomniał jej, że przed chwilą czytała Wyznania Augustyna. Zatem czy wypada przełknąć złość, ból i udawać świętą niewzruszoność, czy też może nie czytać mistyków? No, właśnie, czy człowiek jest w stanie otworzyć się na całe bogactwo swoich możliwości, odkryć wszystko, czym jest, spróbować każdego smaku?

Przypomina mi się w tym miejscu historia innej mojej znajomej, która po latach odgrywania roli gospodyni i żony, czy – jak kto woli – pani domu, postanowiła skorzystać z równouprawnienia i zyskać upragnioną niezależność, wolność i swobodę. Opróżniła szafy ze wszystkich fatałaszków, obcasików, zrezygnowała z balejaży, zakupiła siedem marynarek szaroburych (podobno kiedyś niechcący pozamieniali się z mężem).

Nie udźwignęła bogactwa możliwości, które się przed nią otwierały, i postąpiła jak słynny stryjek, który zamienił siekierkę na kijek. Stwierdziła, że w pracy nie może sobie pozwolić na bycie kobiecą – bo to pachnie brakiem profesjonalizmu. A po pracy podobno bała się wejść w stare pantofle, więc kupiła nowe, bez pomponów.

A mnie trochę żal było jej fantazyjnie upiętych włosów, praktycznych rozwiązań na choroby duszy i wrażliwości nie chowanej pod korcem. Dlaczego nie weszła w nowe, bardziej „męskie” role