Zaproszenie do szczęścia

fotochannels.com

Czy wybieramy swój los? Czy możemy go zaplanować? Jaką ścieżką podążać? Jakie cele sobie stawiać? Szukanie własnej drogi nigdy nie jest błędem. Spróbujmy pomarzyć, wyobrazić sobie nadchodzący czas.

– Nie tak miało być – mówi Krystyna Adamczak, właścicielka dwóch klimatycznych księgarni w Poznaniu. Wierzyła, że spotka odważnego mężczyznę i pójdzie u jego boku. Ona w sercu domu otoczona czwórką dzieci, czyta im, gotuje, inspiruje, rozsiewa radość, a on zarabia pieniądze. – A tu ani księcia, ani karety – wybucha pogodnym śmiechem.

reklama

– Życie mi pokazało, że mam dotrzeć do swojej siły i sama tworzyć świat, jakiego pragnę. – Jan Przeor, absolwent chemii, kilka lat temu nagle stracił intratną pracę dyrektora w dużej niemieckiej firmie, do tego doszedł kryzys w małżeństwie; wielokrotnie rozstawali się z żoną i wracali do siebie.
– Znalazłem się na granicy życia i śmierci – mówi Jan.

Przed kryzysem plany i cele realizował bez wysiłku. Mistrz sportów, w czołówce Polski w pływaniu, narty, nurkowanie, wyprawy w góry, sukcesy jako naukowiec, dyrektor, samochody, pieniądze.

– Byłem niewyobrażalnie aktywny. Skuteczny i perfekcyjny do bólu. Jak drwal, który karczuje las, ale nie zastanawia się, po co i dlaczego – wyznaje. – Żyłem jak miliony ludzi w dzisiejszej cywilizacji – coraz bardziej nieświadomych, ale coraz sprawniejszych i skuteczniejszych. A teraz mu się zmieniło: – Cel bez głębi to katastrofa. Skupiamy się na nim i przestajemy żyć. Gonię za celem, ale mnie w nim nie ma.

Joanna Tomaszewska kilka lat temu obroniła doktorat z socjologii, pracowała ze studentami, uczyła etyki w liceum, dzisiaj prowadzi warsztaty edukacyjne i artystyczne dla dzieci. Pamięta ten moment. Miała za sobą kilka trudnych związków, gdy wreszcie spotkała właściwego mężczyznę. Zaprosił ją do siebie. – I nagle błysk, jakby czas się zatrzymał, taka myśl: „Mam wybór. Jeśli wejdę do tego domu, już nie ma odwrotu. Ale jeśli nie wejdę, to znaczy, że nie wybieram swojego życia. Czułam wagę tej chwili” – wspomina Joanna.
Czy wybieramy swój los? Czy możemy go zaplanować?

W wyobraźni wąchałam akacje

Wiosna, 2008 rok, siedzę z Krystyną na widowni Operetki Warszawskiej. Za chwilę odbierze nagrodę Mistrzyni Promocji Czytania. Gala zapowiada się uroczyście, będzie śpiewał Michał Bajor. Krystyna jest też Zasłużona dla Kultury Polskiej, nagradzają ją wydawnictwa i fundacje, dostała najważniejszą nagrodę Fundacji Cała Polska Czyta Dzieciom. Gdy pytam w Poznaniu o jej księgarnię „Z Bajki”, ludzie kiwają głowami, znają, świetne miejsce. Dzieci przychodzą tu na poranki literackie, młodzież na warsztaty, dorośli na tradycyjne śpiewanie kolęd, walentynki, spotkania z pisarzami, poetami, podróżnikami.

Osobiście wita swoich klientów, pyta, słucha i doradza. Wstaje o brzasku. Wybiega z domu, zimą znaczy pierwsze ślady na śniegu. Kocha ten czas, gdy wokół cicho i biało. Truchtem w stronę brzozowej polany, głęboko oddycha, patrzy w dal, gimnastykuje się, wita dzień. Po godzinie wraca do domu. Chwila skupienia, prosi o taki kontakt ze swoją intuicją, aby każdemu mogła polecić najlepszą dla niego książkę. Gdy słyszy, że książka kogoś wzmocniła, rozweseliła, dała pociechę czy poradę, cieszy się jak dziecko.

Krok po kroku, z niczego zbudowała swoje księgarniane, bajkowe królestwo. Krok po kroku z niczego zbudowała swój dom wśród pól i łąk z kwitnącymi jabłoniami na skraju lasu, opodal rozlewiska rzeki. Zaczynała w latach 90. od stolika turystycznego rozkładanego na ryneczku w Puszczykowie. Za studenckie stypendium kupiła karton książek – Sołżenicyna, Herberta, Nurowską, albumy przyrodnicze i bajki dla dzieci. Pożyczyła pieniądze na 18-letniego volkswagena do przewożenia książek, oddawała po sto złotych miesięcznie. Każdemu, kto przystawał przy jej kramie, opowiadała o książkach. Któregoś dnia zatrzymała się starsza, dystyngowana kobieta i mówi: „Pani powinna mieć najlepszą księgarnię w Poznaniu!”. Odważyła się. Wyszukała plac na poznańskim osiedlu Wichrowe Wzgórze i tam się przeniosła. Zauważyła, że ma stałych klientów, szybko poczuła z nimi więź. Gdy nadciągnęły jesienne chłody, znalazła miejsce w Domu Kultury „Bajka” – małą przeszkloną witrynę z opuszczaną ladą. Wkrótce ta przestrzeń rozrosła się do 70 metrów. Po kilku latach na Osiedlu Przyjaźni znalazła opuszczony zakład szklarski. Znajomi ostrzegali, odradzali: „Taka ruina pochłonie majątek”. Pytali: „Nie boisz się?”. „Boję!”. Myślała trzy dni. W listopadzie zaczęła remont gospodarskim sposobem, a czwartego grudnia, przed Mikołajem, otwierała już swoją 150-metrową księgarnię.

– Marzenie jest eteryczne – mówi Krystyna. – Musiałam je pochwycić w plan i zapisać. A potem odważnie działać.
Od lat prowadzi pamiętnik, w którym opisuje swoje kolejne kroki. W grudniu czyta zapiski z całego roku i czuje, jak jej ciało wypełnia się energią.

Na studiach urodziła syna. Witek ma już ponad 20 lat, a ona ciągle żartuje, że jest panną z dzieckiem. Przez lata marzyła o swoim kącie, gdzie można się śmiać, płakać i tańczyć do woli. Za pierwsze zarobione pieniądze odkupiła od spółdzielni zrujnowany strych usiany gniazdami gołębi. Wyremontowała go według własnego pomysłu. I tak przed trzydziestką dorobiła się stumetrowego mieszkania, z oknami w dachu, z widokiem na niebo. Przed czterdziestką wybudowała swój pierwszy dom. Przez półtora roku nadzorowała każdy etap pracy – od fundamentów po kalenicę i więźbę dachową. W chwilach kryzysów, gdy budowa się przeciągała, a kłopoty piętrzyły, sił dodawało jej wyobrażenie, jak to będzie pięknie chować dziecku prezenty w gałęziach drzew, wieszać huśtawkę na gruszy i wspinać się do domku na jabłoni. – W wyobraźni biegałam po łące i wąchałam kwitnące akacje, czułam ich zapach – wspomina.

Gdy w grudniu poczyta pamiętnik i podziękuje już za wszystko dobre, co ją spotkało, poprosi: żeby jak najwięcej dzieci odnalazło swoją „drukowaną ścieżkę”, żeby miała zdrowie i siłę, i nowe pomysły na to, jak wzbudzać apetyt na czytanie. Planuje 2010 rok: zatopienie się w powolności i spokoju, smakowanie milczenia, pogłębianie relacji z przyjaciółmi. A za dziesięć lat: świetny angielski, lekkie i gibkie ciało, pogodny uśmiech, gromadka wnuków wokół, nowy dom z sypialnią na wschód słońca, z drewnianą woskowaną podłogą. Już kupiła ziemię. Zaprasza do siebie szczęście.

Chcę zupy pomidorowej!

Jan Przeor przypomina sobie, jak było przed kryzysem: – Utknąłem w jednowymiarowej rzeczywistości, w której najważniejsze jest działanie. Takim twardzielom jak ja świat musi zawalić się na głowę, żeby przyszło opamiętanie, podstawowe zrozumienie. O jakie zrozumienie chodzi?

– Że jak się zaczyna coś psuć, to trzeba się zastanowić: „Gdzie jestem? Czy drabina, po której się wspinam, jest przystawiona do właściwej ściany?”. Że nie żyjemy jedynie w uzgodnionej rzeczywistości. Że prawdziwe cele – głębokie, strategiczne, które wyznaczają sens życia – rodzą się w snach.Żeby je rozpoznać, trzeba znać siebie. A dorosłe dzieci alkoholików, takie jak on, nauczyły się siebie porzucać – nie widzieć, nie czuć.

– Prawdziwym odkryciem było dla mnie, że chcę pomidorowej zupy! Nie jakiejś zupy, ale konkretnej, pomidorowej. Po czterdziestce takie odkrycie. Pierwszy cel wewnętrzny – zupa! W jakim niewyobrażalnym stanie niewiedzy o sobie byłem, jaką maszyną do rąbania lasu.

Od siedmiu lat uczy się w szkole Psychologii Zorientowanej na Proces. Syn go pyta: „Tato, po co ty się uczysz?”. Odpowiada: „Bo chcę umrzeć spokojny i spełniony”. Dotyka celów wewnętrznych, brzmią tak: „żeby codzienność i duchowość stanowiły jedno”, „czytać, uczyć się, żeby pokazywać sobie i innym, jak wydostać się z jednego wymiaru życia”. To są cele z poziomu marzenia, snu. Dopiero takie cele warto przekuć na plany. W 2010 roku planuje podróż na wykład do nauczyciela do Berlina, a potem do szkoły, do Stanów.

– Od snu się zaczyna – mówi Jan. – Sen jest najważniejszy, bo wskazuje kierunek. Obama dostał Nobla i wybuchła afera. Bo nic nie zrobił. Ale zakręcił setkami milionów ludzi. Obudził marzenia o równości, pokoju i rozmowie jako sposobie rozwiązywania konfliktów. Dostał Nobla za cel z poziomu snu. Pogrążeni w codzienności nie jesteśmy w stanie docenić takiego celu, patrzymy – wbił gwóźdź czy nie wbił. Nie mamy w sobie wewnętrznej rady, która przyznaje Nobla za cel ze snu, a szkoda, bo sen jest potężny, nie można go zabić. Nie można było zabić snu o Solidarności. Sen jest naszą wolnością.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »