Życie w rytmie slow

slow life
123rf.com

Rozwój technologii miał sprawić, że będziemy pracować mniej, a wolny czas poświęcać sobie i bliskim… Co się nie udało technologii, może uda się nam – we współpracy z naturą.
Miałem szczęśliwe dzieciństwo, dużo podróżowałem po świecie, a teraz zajmuję się robieniem filmów dokumentalnych. Mam fajną dziewczynę, cudownego syna Antona… moje życie wydaje się wspaniałe. Teoretycznie. Bo dręczy mnie olbrzymi problem – nie mam czasu. Nigdy nie miałem go wystarczająco dużo. I ciągle jestem w pośpiechu. Muszę znaleźć powód, dla którego tracę oddech od tego biegu – to wyznanie Floriana Opitza jest preludium do jego filmu dokumentalnego o pośpiechu, w jakim żyjemy, i potrzebie zwolnienia – „Szybkość – w poszukiwaniu straconego czasu”. Bo miliony ludzi żyją podobnie jak on – w ciągłym biegu.

reklama

Choroba niedoczasu

Przez ostatnie sto lat tempo życia mieszkańców Ziemi wzrosło dwukrotnie. Mamy fast date, fast food, fast life. Wydawcy proponują zapracowanym rodzicom zestawy bajek Andersena, z których każda została tak okrojona, że przeczytanie jej dziecku na dobranoc zajmuje… jedną minutę. – Nasza miłość do szybkości i obsesja, by ciągle robić więcej i więcej w coraz krótszym czasie, zaszła za daleko. Stała się uzależnieniem – w książce

„Pochwała powolności” komentuje obecną rzeczywistość Carl Honoré, jeden z twórców ruchu Slow. Aż trudno uwierzyć, że 200 lat temu, gdy stworzono kolej, uczeni przestrzegali, że ludzkie ciało nie wytrzyma szybkości większej niż 30 km/h. To obłędne przekonanie, że trzeba pędzić szybciej, by nadążyć za uciekającym czasem, amerykański lekarz Larry Dossey nazwał „chorobą niedoczasu”.

Dlaczego tak się spieszymy? Przecież dzięki nowym technologiom oszczędzamy masę czasu, jak nigdy wcześniej. Nigdy w przeszłości nie pracowaliśmy bardziej wydajnie. Na początku tego millenium praca w Stanach Zjednoczonych stała się dwukrotnie bardziej produktywna niż w latach 60., a mimo tego Amerykanie spędzali w biurach o ponad 8 godzin więcej niż w czasach Dzieci Kwiatów. Rozwój technologii, który miał pomóc oszczędzić czas na rodzinę czy własne pasje, raczej nam go odebrał. – Rok temu dostawałem dziennie średnio 60 e-maili, sam pisałem drugie tyle. I to była niekończąca się powódź – na większość przecież odpowiadałem albo dostawałem odpowiedź, co powodowało kolejną partię e-maili – opowiada Alex Rühle, redaktor jednej z największych niemieckich gazet, „Süddeutsche Zeitung”. Sytuacja pogorszyła się, gdy dostał smartfona – nawet na chwilę nie mógł się oderwać od e-maili i portali społecznościowych. Uzależnił się. Na spotkaniach z przyjaciółmi wychodził do łazienki, by sprawdzić, czy ktoś czegoś nie napisał. – A większość informacji, które dostawałem, było nieistotnych – zaznacza. Dlatego zdecydował się na drastyczny krok: półroczny „detoks informatyczny”. Całkowite odcięcie od poczty, Internetu, komórki. Teraz chwali sobie ten odwyk. Znikła potrzeba notorycznego sprawdzania e-maili. To wyzwoliło go od presji bycia na bieżąco i dało więcej wolnego czasu.

Do podobnych wniosków, tylko znacznie wcześniej, bo już w lutym 2008 roku, doszedł Luis Suarez, dyrektor w IBM. Zapowiedział współpracownikom, że nie będzie odpowiadał na ich e-maile i wszelką korespondencję służbową przeniósł do serwisów społecznościowych. Dzięki temu już nie otrzymuje po kilkaset wiadomości tygodniowo, a jedynie kilka dziennie. Sprawdzanie poczty zajmuje mu zaledwie dwie minuty, więc znalazł czas na inne zajęcia i aktywności, dzięki którym na przykład schudł 25 kilogramów. Za jego przykładem już wiele firm w USA zabroniło swoim pracownikom używania e-maili w korespondencji wewnętrznej. Zrobił tak również Thierry Breton, prezes Atos – międzynarodowej korporacji. – Masz coś ważnego do przekazania współpracownikowi? Zadzwoń, przejdź się do niego albo napisz SMS-a. Oszczędzisz czas – zakomunikował pracownikom.

Błędne koło przyspieszania

– Maszyny pracują 24 godziny na dobę, Internet także. Wszystko jest dostępne „od ręki”, dlatego ciągle mamy coś do zrobienia – tak prof. Karl-Heinz Geissler, filozof, tłumaczy nasz pośpiech. Trochę inaczej widzi to dr Antonella Mei-Pochtler, konsultantka biznesowa, jedna z 20 najlepszych na świecie, zwana „ackeleratorem” – doradza firmom, jak zwiększać ich obroty. – Cały świat biznesu rywalizuje ze sobą, dlatego ciągle zwiększamy prędkość. Bycie szybszym daje przewagę – tłumaczy. A w rozwoju technologii nie ma ograniczeń prędkości.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »