By ciało chciało – poznaj swoją seksualność

fot.123rf

Seks pojmuje się ciągle jako czynność niezwiązaną ze zdrowiem, jakby mógł istnieć bez ciała, uczuć i emocji – pisze dr Beata Wróbel we wznowionej „Sztuce kochania” Michaliny Wisłockiej. Co udało nam się przez te 40 lat zrozumieć w kwestii naszej seksualności, a nad czym trzeba jeszcze popracować?
Dla Skandynawów seks jest podstawą dbania o siebie, wyznacznikiem jakości życia. Są kultury, w których jest mistycznym rytuałem, jak u Hindusów. Dla Azjatów to obszar tłumionych pragnień, perwersji. Czym jest seks dla Polaków?

Moim zdaniem polski seks jest głównie narzędziem prokreacji. Na takie podejście do niego wpływ ma wychowanie, ale też nauka Kościoła, która ma także ogromne znaczenie w kwestii akceptacji własnego ciała. Małżonkowie, którzy już odchowali dzieci, czyli prokreację mają załatwioną, przestają się starać o to, by być dla siebie atrakcyjnymi seksualnie. Nic dziwnego, skoro młode dziewczyny są wychowywane do macierzyństwa zamiast do czerpania radości z seksu. Gdy spełnią się w roli matki, zaczynają zajmować się dziećmi, a potem wnukami – to staje się sensem ich życia. Dlatego nadal tak ciężko w Polsce zaakceptować, że jakaś kobieta nie chce mieć dzieci.

Z jakimi problemami trafiają do pani pary? Czy z perspektywy Dąbrowy Górniczej, gdzie ma pani swój gabinet, są to problemy odmienne od tych chociażby warszawskich?

W ciągu lat pracy odbyłam, z grubsza licząc, 75 tys. rozmów z pacjentami. Moja praktyka w Dąbrowie od tej warszawskiej różni się może tym, że mam więcej czasu dla pacjentów, oni nie są w systemie. Ale problemy w relacjach są takie same w skali całego świata. Największą traumą ludzkości, powodem, dla którego powstało tyle sztuk teatralnych, filmów i utworów literackich, jest nieszczęśliwa miłość. A dramat miłości ma swoje źródło w nieprawidłowych, przykrych i smutnych relacjach między ludźmi, które są wynikiem tego, że ludzie nie potrafią się ze sobą dogadać już na poziomie samego kontaktu słownego. Fakt, że większość sztuk, filmów czy książek o miłości jest nadal aktualnych, to dowód na to, że wieki mijają, a my nie stajemy się wcale lepsi w funkcjonowaniu w relacjach. Co więcej, te problemy się pogłębiają, a co za tym idzie – pogłębiają się nasze problemy w sferze seksualnej. Bo w zdecydowanej większości damsko-męskich relacji dochodzi do użycia ciała, czyli kontaktu seksualnego. A jeżeli mamy problemy już na poziomie rozmowy o tym, co nas łączy, a co dzieli, co przeszkadza, a co pasjonuje – to otwarcie na ciało nie będzie zbyt wielkie.

Otwarcie na własne ciało czy ciało partnera?

Aby móc otworzyć się na inne ciało, trzeba być otwartym na swoje. Samo ciało musi być otwarte na moją emocję – czyli ja muszę być otwarta na siebie, muszę wiedzieć, gdzie się zaczynam, a gdzie się kończę, gdzie chcę postawić barierę, a gdzie szeroko otworzyć drzwi. A z tym mamy współcześnie największy problem. Bo mówienie o seksie nie jest już tabu. Na billboardach sprzedaje się nim rozmaite produkty. Ale co z tego, skoro nic za tym dalej nie idzie. Seks został zwulgaryzowany, ponownie sprowadzony do nieprzyzwoitości.

Mimo rewolucji seksualnej?

Mimo rewolucji nic się nie zmieniło. Dlatego musimy sobie zdać sprawę z tego, gdzie się zaczyna nasza seksualność. Ona zaczyna się w tym miejscu, w którym plemnik spotyka komórkę jajową. A gdzie się kończy? Wraz ze śmiercią. Nie wolno nam o tym zapominać. Tak jak nie możemy zapominać o tym, że podstawowym narzędziem seksualności, w które jesteśmy wyposażeni od urodzenia, jest dotyk. Czy słyszała pani jakąś medialną kampanię na temat dobrego dotyku? Za to mnóstwo jest kampanii o dotyku złym. Przecież wszystko może być złe, tak jak ta herbata, która stoi przede mną w szklance, ale równie dobrze może być dobra. Jak się dogaduje ze swoim nowo narodzonym dzieckiem matka? Dotykiem. To podstawowe narzędzie komunikacji.

W seksie wyraża więcej niż słowa.

Przychodzą do mnie pacjenci, ja im coś tłumaczę, oni mnie słuchają i na koniec zadają to samo pytanie: „No dobrze, to co my mamy robić? Co robić, żeby nasza relacja była lepsza?”. W skrócie chodzi o coś takiego, o czym jako pierwsza powiedziała amerykańska seksuolog dr Beverly Whipple, żeby przestać mówić o osiąganiu orgazmu, a zacząć mówić o doświadczaniu orgazmu. Bo doświadczanie jest ukierunkowane na bycie z kimś, z kim do tego orgazmu chcemy dojść, a nie skupianie się na celu, czyli efekcie. Doświadczamy wzrokiem, dotykiem, bliskością – dobrej energii, dobrych emocji, życzliwości – dochodzenie do orgazmu może trwać cały dzień i jego świadkiem może być nasze dziecko – tak najlepiej przebiega edukacja seksualna. Jeśli ono widzi, że rodzice na siebie warczą, zamiast być dla siebie serdeczni, jak ma potem tworzyć dobre relacje?

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »