Co mówi o nas sposób w jaki się kochamy?

fot.123rf

Jeśli jakąś pozycję seksualną lubimy szczególnie, może być tak, że czegoś brakuje w naszym codziennym życiu, że jakiejś części siebie nie wyrażamy – mówi Karo Akabal, sex coach, założycielka sex & love school dla kobiet.

Usłyszałam kiedyś, że to, jak się kochamy, dużo o nas mówi.

Każdy z nas ma indywidualną tożsamość seksualną. Tyle że większość z nas – i kobiet, i mężczyzn – nie miała okazji, by swobodnie do niej dotrzeć. Dlatego naszym życiem seksualnym kierują głównie schematy. Obserwując swój seks, rozumiejąc, dlaczego coś nam sprawia przyjemność, możemy dowiedzieć się wiele o swoich przekonaniach, rozbroić je.

Zacznijmy więc od początku. Są kobiety, które mówią: „Seks na pierwszej randce? Nigdy!”. To oznaka braku wyzwolenia?

Odraczanie intymnego zbliżenia często wiąże się z przekonaniem, które mówi, że seks powinno się uprawiać z mężczyzną, z którym jesteś związana. Inaczej to się źle skończy, on cię odrzuci. A pożądania, zarówno kobiecego, jak i męskiego, nie da się wtłoczyć w żadne ramy. Nie ma znaczenia, czy mamy szansę na związek. Liczy się zapach, feromony, chwila. Jeśli mimo wszystko nie chcę mieć seksualnej bliskości z osobą, z którą nie będę mogła stworzyć związku, wtedy możemy mówić o stawianiu na jakość relacji.

A kobiety, które prowadzą swobodne życie seksualne? Mają kochanków na jedną noc?

Mając wielu partnerów, romansem potwierdzamy na przykład własną wartość. Żyjemy w kulturze, która określa wartość kobiety przez jej seksualną atrakcyjność. Duża liczba kontaktów seksualnych to czasem też ucieczka od lęku przed pustką. Ciągle się coś dzieje, przeżywamy nowe emocje. Zdarza się też, że to tęsknota za miłością. Wiele kobiet uważa, że seksualność jest tym, czym możemy przyciągnąć do siebie partnera, sprawić, żeby nas pokochał.

Wiele kobiet tak żyje, bo chcą, mówią: „To jest mój wybór”.

Oczywiście. Pracowałam z setkami kobiet i z mojego doświadczenia wynika, że w pewnym momencie każda z nich odkrywała, jak bardzo pragnie seksu. Chciały też miłości, sukcesów w pracy, ale i po prostu dobrego seksu. Kobiety świadome tego mogą tak żyć, mieć wielu partnerów seksualnych. Biorą za to odpowiedzialność, otwarcie mówią, że pożądanie, emocje, doświadczanie są dla nich ważniejsze niż stabilizacja i jeden partner. W naszym społeczeństwie taka postawa wciąż nie jest akceptowana, wymaga odwagi.

Gra wstępna co o nas mówi?

Gra wstępna istnieje po to, żeby budować napięcie, rozgrzewać. To też czas ogromnej bliskości z drugą osobą. Jeśli tego nie lubimy, to znak, że możemy mieć problem z akceptacją swojego ciała. Ale nie tylko o to może chodzić. Dla wielu kobiet podniecenie to utrata kontroli. Nad własnym ciałem, reakcjami, mimiką, fizjologią. Więc często te z nas, które lubią nad wszystkim panować, mieć poukładane, zaplanowane życie, też mogą nie lubić gry wstępnej.

Dużo pań przychodzi do ciebie, bo nie potrafią cieszyć się seksem z powodu tej kontroli?

Mnóstwo. Jesteśmy uczone, jak wyglądać na seksualnie pobudzoną, jak zachowywać się w łóżku. To się nijak ma do tego, co naprawdę dzieje się z naszym ciałem, gdy zaczynamy czuć pożądanie. Mamy więc opór przed własną fizjologią. Choć są kobiety, które bardzo szybko się podniecają. I one mogą od razu chcieć przejść do rzeczy, bo tego potrzebuje ich ciało.

Ale jak to rozpoznać? Nie lubię gry wstępnej, bo jestem zablokowana, mam obsesję kontroli czy szybko się podniecam?

Ciało jest cudownym przewodnikiem. Jeśli czujemy pożądanie, to znak, że jesteśmy gotowe iść dalej. Natomiast jeśli dotyk drażni, chcemy, żeby to się wszystko skończyło, to znaczy, że działają przekonania. Włączył się opór na doznania, pieszczoty, bliskość.

Przeczytałam w twojej książce zwierzenie mężatki: „Uprawiam seks raz na tydzień, bo wydaje mi się, że muszę. Nie lubię gry wstępnej, bo chcę to szybko skończyć”.

To już jest konsekwencja długoletniego życia seksualnego bez kontaktu z własnym ciałem i potrzebami. Wiele kobiet tak żyje, a przecież jeśli nie wiemy, czego pragniemy, prędzej czy później pojawia się osoba, która dotyka naszego czułego punktu, ukrytej nieuświadomionej potrzeby, i pęka seksualna zapora tworzona przez lata.

Jaka to może być potrzeba?

Kobiety po takich przeżyciach mówią: „To było jedno słowo, zapach, zachowanie. Jak to możliwe?”. Nasza seksualność budzi się już wtedy, kiedy jesteśmy dziećmi. I potem wszystko, co się w naszym życiu dzieje, ma na nią wpływ. To jest pamięć pierwszego podniecenia, zapach pierwszego chłopaka. Czasem to nie musi być związane z konkretną osobą. Na przykład kilkunastoletnia dziewczynka w gorącej kąpieli odkrywa, że jeśli skieruje w odpowiedni sposób prysznic na ciało, to coś się w niej budzi. Nie wie, co to jest, ale czuje przyjemność. Potem ktoś, tata, mama, starsza siostra, wchodzi przypadkiem do łazienki, widzi to i zamyka gwałtownie drzwi. Albo pyta: „Co ty wyprawiasz?”. Ona już więcej tego nie powtórzy, ale jej ciało zapamięta to doznanie. 20 lat później ta dziewczynka, już kobieta, jest w związku szczęśliwa, ale ma średni seks. Kocha się raz w tygodniu bez emocji, bardziej z przekonania, że jeśli nie będzie tego robić, mężczyzna sobie pójdzie. I ona nagle wyjeżdża z przyjaciółką, powiedzmy, do Hiszpanii. W przepięknym hotelu wchodzi do jacuzzi, obok niej siedzi przystojny Hiszpan. Ona jest zrelaksowana, rozluźniona i nagle te bąbelki zaczynają ją pieścić w intymnych miejscach. Co się dzieje? Odczuwa ogromną przyjemność. Ale nie połączy erotycznego podniecenia z wodą i ze wspomnieniami, swoje pragnienie ulokuje w Hiszpanie, który wygląda jak z romansu i też zwraca na nią uwagę. „Wreszcie spotkałam mężczyznę, który budzi we mnie to, czego nie budzi mąż. Jest chemia, wow, czuję to” – powie. Będzie się kochać z Hiszpanem bądź nie, ale zapamięta, że tamtego pragnęła, a męża nie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »