Dobry związek: a gdyby tak zacząć współpracować?

fot.123rf

Wiele mówi się o tym, jak kobiety i mężczyźni powinni razem pracować, o szklanych sufitach czy ruchomych schodach. Ale jak współpracować w domu, w parze? Nawet gdy wierzymy w idee równości, odrzucamy różnice między płciami, współdziałanie z życiowym partnerem jest trudne. Dlaczego? Jak to zrobić, by kobieta i mężczyzna mogli działać ramię w ramię, tak by dawało to satysfakcję im obojgu – rozważa Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.
Nie chciało mi się pomagać mężowi, wolałam poczytać, gdy on biedził się nad pralką. Kiedy mu się udało, był zachwycony: „Jak dobrze nam się współpracowało!”. A ja całkiem zgłupiałam: nie ruszyłam nawet palcem.

Może to był komentarz ironiczny: współpracowałaś, bo nie przeszkadzałaś? A może był wdzięczny za to, że zachęciłaś go do zajęcia się pralką, co słusznie odebrał jako wyraz twojej wiary w jego możliwości. Na ogół mężczyźni od kobiet potrzebują tego samego, czego nastolatki od rodziców: zaufania do ich możliwości i mądrości oraz szacunku. Zapewne też pochwaliłaś go za odwagę i determinację, gdy odniósł sukces? Pochwały mogłaś sobie darować. Nie ma powodu chwalić kogoś za to, że oddycha. Niestety, kobiety myślą, że mężczyźni są jak małe dzieci, którym można coś zlecić tylko po to, aby poprawić im nastrój w bezpiecznych warunkach, i chwalić nawet, gdy poniosą klęskę. Kobiety są zazwyczaj pewne, że bez nich mężczyźni sobie nie poradzą.

Czasem to prawda: wyrywamy mężczyznom z rąk to, co sami mogli zrobić, bo jesteśmy przekonane, że my zrobimy to lepiej, szybciej itd.

Wyrywanie mężczyznom z rąk tego, co powinni sami zrobić, jest ważną kwestią w rozważaniach o współpracy między kobietami a mężczyznami. Zaryzykowałbym hipotezę, że coraz więcej kobiet paternalizuje, a raczej maternalizuje mężczyzn, czyli traktuje jak dzieci, w sposób lekceważąco-opiekuńczy, który łatwo przekształca się w pobłażliwą pogardę. Nie sądzę, że to wynika ze złych kobiecych charakterów. Powszechne maternalizowanie Polaków przez Polki ma związek z trudnym historycznym dziedzictwem zapisanym w zbiorowej podświadomości polskich mężczyzn. Otóż polscy mężczyźni skrywają przed sobą i przed światem potężny kompleks ofiary i poczucie winy za to, że tyle razy w dziejach swoje kobiety, dzieci i dalszych potomnych zawiedli. W największym skrócie: ledwo państwo powstało, a synowie pierwszego króla już się pokłócili i podzielili kraj na dzielnice. Potem – poza wyjątkami – kiepsko i bez wizji rządziliśmy i zawieraliśmy fatalne sojusze. W efekcie straciliśmy niepodległość. Potem wszczęliśmy wiele źle przygotowanych, skazanych na klęskę powstań. Przelewaliśmy krew w złej lub nie swojej sprawie, masowo ginęliśmy i ciągle nie było nas w domach. Tak więc z punktu widzenia pokoleń osamotnionych kochanek, żon i córek, milionów wdów samotnie wychowujących dzieci polscy mężczyźni zasłużyli na opinię podpitych, kłótliwych, narcystycznych i niedojrzałych nieudaczników. W najlepszym wypadku – przegranych bohaterów ginących z honorem z wątpliwego powodu.

No tak! Kobieta inaczej wita w domu mężczyznę, który wraca z wojny (z pracy) z workiem skarbów i mówi: „Maleńka, teraz sobie odpoczniesz”, a inaczej tego, kto wraca chyłkiem poraniony i którym trzeba się opiekować…

…a wkrótce potem pochować. Z punktu widzenia kobiet zachowania i wybory polskich mężczyzn zbyt często były bezmyślnym poświęcaniem siebie, dzieci, rodziny i domu w imię kolejnych politycznych czy ideologicznych iluzji lub honorowej śmierci, która bywała ucieczką przed wstydem klęski i trudem zadośćuczynienia. Większość polskich kobiet w głębi duszy przeżywało te męskie decyzje jako przejaw braku odpowiedzialności za siebie i za bliskich. W zbiorowej podświadomości Polek musiało zapisać się przekonanie, że na mężczyznę nie można liczyć w sprawach dla kobiet najważniejszych: w tworzeniu poczucia bezpiecznego gniazda i bycia dobrym, realnym wzorcem dla wspólnych dzieci i wnuków. W głębi duszy wszyscy wiemy, jak było, i nic nie pomoże to, że chcielibyśmy, aby było inaczej. Od lat przyglądam się losom polskich rodzin i uderza mnie, jak niewielką rolę odgrywają w nich ojcowie, dziadowie i pradziadowie. A jeśli nie niewielką, to jedynie pośmiertno-symboliczno-heroiczną lub negatywną i demoniczną. Wysłuchałem setek rodzinnych sag, w których od pokoleń mężczyźni wkrótce po spłodzeniu potomstwa zapadali się w otchłań nałogów, chorób i umierali. Lub znikali pochłonięci kolejną wojenną awanturą albo ideą. Zaskakująco szybko, zanim zjedli z rodziną istotną ilość soli, znikali z domu. Przypuszczam, że to dziedzictwo przyczynia się do tego, że polskie kobiety tak często naruszają swoje granice i poczucie godności, by zapobiec znikaniu mężczyzn. Popularną strategią jest nadopiekuńczość, chwalenie i ogólna taryfa ulgowa. To wszystko jest wyrazem z góry założonego – choć często nieuświadamianego – braku szacunku i lekceważenia.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »