Dziękuje kochanie, czyli dobre maniery w związku

Fot. iStock

W czasach równouprawnienia grzeczność to coś więcej niż otwieranie kobiecie drzwi czy znajomość dress code’u. To broń, która w świecie seryjnej monogamii i związków jednorazowego użytku okazuje się niezastąpiona w walce o bliską i trwałą relację. A przy tym jest to oręż przyjemny, łatwy w obsłudze i wyjątkowo skuteczny.

„Bronią damy jest uprzejmość” – od dziecka słyszała Sansa Stark, bohaterka najpopularniejszego serialu świata, a wielbiciele „Gry o tron” kpią, że bardziej od rad rodem z babcinych mądrości dziewczynie przydałyby się lekcje walki wręcz lub praktyka u truciciela. No tak, wszyscy słyszeliśmy, że grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam, gdzie chcą… Czy rzeczywiście? „Pamiętaj o jednym: jest naprawdę wiele badań, które pokazują, że babcie rzeczywiście miały rację” – twierdzi Amy Alkon, autorka książki „Dobre maniery dla ludzi, którzy czasem mówią »k***a«”. Jak więc nowoczesna dama ma włączyć uprzejmość do walki o dobre życie we dwoje?

Po czym poznać dżentelmena

Nie chodzi o to, żebyś była elegancka niczym bohaterka „Wielkiej księgi dobrych manier” Elisabeth Bonneau. Chodzi o to, żebyś pamiętała o dobrych manierach, kiedy przyglądasz się potencjalnemu partnerowi.

– Kobiety rzadko biorą pod uwagę prostą zasadę, że niegrzeczny chłopiec bardzo łatwo zamienia się w brutala, a brak szacunku i savoir-vivre’u w związku w przemoc – mówi Katarzyna Kucewicz, psychoterapeutka i wykładowczyni Fashion School w Poznaniu. – Tak im zależy na byciu kochaną, że przeklinanie w swojej obecności tłumaczą: „To prawdziwy facet”, a prostackie odzywki w sklepie: „Miał zły dzień”. Pacjentka mówi: „Przed ślubem był taki fajny!”. Gdy podrążyć głębiej, okazuje się, że już wtedy nie traktował jej z szacunkiem i na przykład umawiał się, a nie przychodził, choć ona czekała na mrozie. Problem w tym, że kobiety często nie dają sobie prawa, żeby od mężczyzn oczekiwać dżentelmeńskich zachowań. Boją się, że wyjdą na „księżniczki” i „paniusie”, więc wchodzą w rolę „równej babki”.

Cóż, ciemną stroną równouprawnienia jest zanikanie reguł dobrego wychowania, które kiedyś dawały kobietom lepszą pozycję w damsko-męskich rozgrywkach. Bo mężczyzna musiał się postarać, żeby wkupić się w łaski swojej damy. Teraz nie dziwi, jeśli po pierwszej rozbieranej randce on nie daje znaku życia, jakby rozpłynął się w powietrzu, po kilku latach związku nie ruszy się, żeby pomóc żonie dźwigać zakupy, a po rozwodzie woli sobie kupić drogiego iPhone’a niż zapłacić alimenty.

Jaki z tego morał? „Zawsze sprawdzająca się zasada dotycząca oceny charakteru brzmi: zobacz, w jaki sposób traktuje kelnera, szatniarza i taksówkarza” – radzi Alkon. „Jeśli wobec nich jest nieuprzejmy, w związku będzie taki sam”.

– Każda kobieta powinna mieć swoje podstawowe zasady, które oznaczają dla niej kulturę osobistą, np. dla jednej ważne jest, żeby facet otwierał jej drzwi, dla innej poprawne słownictwo i unikanie przekleństw – dodaje Kucewicz. – Warto zrobić listę takich must have i o tym rozmawiać z partnerem. Jeśli prosisz, żeby otwierał ci drzwi, bo to dla ciebie ważne, a on to lekceważy? Potraktuj to jako ostrzeżenie, przyjrzyj się innym obszarom związku i jeśli w innych kwestiach też ignoruje twoje potrzeby, rozważ ewakuację.

Savoir-vivre w związku

– Główną ideą savoir-vivre’u jest życzliwość – tłumaczy Wojciech S. Wocław, autor książki „Savoir-vivre, czyli jak ułatwić sobie życie”. – Z dobrymi manierami jest jak z mięśniami. Można się skupić jedynie na tzw. zestawie dyskotekowym, czyli na klatce piersiowej i bicepsach, a można też oprócz nich ćwiczyć mięśnie głębokie, które utrzymują w pionie nasz kręgosłup. Te pierwsze to normy i formy, wszystkie zachowania opisane w poradnikach etykiety, np. kto pierwszy wsiada do samochodu, wyciąga rękę czy podaje płaszcz. Te drugie tworzą ducha savoir-vivre’u: wzajemną życzliwość i szacunek, które gwarantują zdrowe relacje z innymi. Dodajmy, że jedne i drugie są tak samo ważne, ponieważ zapewniają i zdrowie, i przyjemne wrażenia estetyczne.

– O tym często zapominają też kobiety – dodaje Kucewicz.
– Szczególnie w czasie kłótni. „Bo jestem taka emocjonalna” – pacjentka tłumaczy wyzywanie męża od najgorszych i podrapanie mu twarzy paznokciami. Albo podaje wyczytane w Internecie pseudodiagnozy: „Jestem DDA, borderline, dlatego ponosi mnie złość”. Wtedy mówię: „To nie zaburzenie psychiczne, to brak kultury osobistej”. I proponuję proste ćwiczenie: trzeba znaleźć sobie kobietę, która jest synonimem klasy i stylu z najwyższej półki. Może to być aktorka, profesorka czy ciocia. Przez miesiąc ma być taką naszą Matką Boską, do której odwołujemy się w trudnych sytuacjach. Kiedy facet nie odpisuje, to pytamy się: czy ona wysłałaby mu pięć SMS-ów z pretensjami? Jeśli ktoś zaczepiłby ją na ulicy i zaprosił na kawę, czy rzuciłaby pogardliwie „Spadaj”? Czy klęłaby w domu? Szydziła z teściowej w obecności męża, co jest powszechnym kobiecym grzechem przeciw dobrym manierom? Pacjentki są zdumione, że identyfikowanie się z takim wzorem osobowym działa i powstrzymuje je od impulsywnych, niekulturalnych zachowań. Nic dziwnego, większość z nas woli być podobna do dystyngowanej i uwielbianej księżnej Kate czy Audrey Hepburn niż do wulgarnej dresiary.

Za tym idą wymierne korzyści, bo choć krzykiem można wygrać bitwę, to życzliwość jest skuteczniejsza w wojnie z wrogami wieloletniego związku: nudą i brakiem intymności.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »