„50 twarzy Greya”, Erika Leonard

Wydawnictwo Sonia Draga

Tłumaczenie amerykańskiego bestsellera „50 shades of Grey” trafia do polskich księgarń pod tytułem „50 twarzy Greya”. Książka jest częścią trylogii autorstwa E.L. James, z osobą Anastasii Steele, jako głównej bohaterki.

Transgresja w hamburgerze

Figura młodego dziewczęcia wpadającego w magnetyczną sferę przyciągania dojrzalszego i doświadczonego seksualnie mężczyzny jest zgrana, jak szlagiery disco polo. „50 twarzy Greya” nie dobiega w tym od standardu wytyczonego przez Justynę – bohaterkę powieści de Sade’a „Justyna, czyli nieszczęścia cnoty”. „50 twarzy Greya” nie uniknie porównania do „Historii O” Pauline Réage, ale w tym porównaniu przepada z kretesem.

Wydawnictwo Sonia Draga

Być może nie da się już zatrzeć wrażenia, jakie wywarła na mnie ta druga książka, napisana przez kobietę, a przeczytana przeze mnie w młodości. Przy okazji lektury „Historii O” przeżywałam podobne sensacje co przy czytaniu „Lolity” Nabokowa – Uchylania zasłony do świata złożonego z niewyobrażalnych rzeczy; scen, które powracają natrętnie i budzą mrowienie w całym ciele; odczucia przekroczenia w słowie i w czynach. A najwyraźniej amerykański produkt nie łapie tego, co jest istotą wyrafinowanej pornografii w książkach, czyli balansowania na granicy kiczu i wyuzdania.

„50 twarzy Greya ” daje odczucie trywialności zamiast transgresji. Prawie tego samego – jest seks, są dzikie sceny, w których ludzie wyprawiają na sobie i sado, i maso, i jest właściwa doza luksusu we wnętrzach (perwersja karmi się dostatkiem), jest fetyszyzacja i błysk skór /lateksu/ łańcuchów. I jest to prawie tak samo napisane, jak „Historia O”, przy czym „prawie robi dużą różnicę’. Czyli jest „50 twarzy Greya ” produktem przyswajalnym, lekkostrawnym, z treściami libertyńskimi zredukowanymi. Aby nie powodować sensacji, tylko skandal. W czerwcu USA zelektryzowała plotka, że za reżyserię filmowej adaptacji tego tytułu ma się zabrać sama Angelina Jolie. Ale biuro prasowe gwiazdy plotkę zdementowało.