Jak miłość wyrazić słowami?

fot.123rf

„Ja nie umiem kochać” – słyszę często od moich pacjentów. Dużo się nad tym zastanawiam. Może po prostu oczekujemy, że miłość będzie czym innym, niż jest? Słowa mają ogromną moc – mówi psycholożka Paulina Kapiec-Kałużyńska.
Dlaczego o miłości tak rzadko mówimy pozytywnie? Gdy mamy problemy w związku, chcemy o nich opowiadać, ale gdy jest nam z partnerem dobrze – nie potrafimy się tym dzielić.

No właśnie, umawiałyśmy się na rozmowę, zaznaczając, że będziemy mówić o miłości dobrze, tak jakby miłość sama w sobie nie była czymś pozytywnym. Bo miłość nie kojarzy nam się tylko ze szczęściem, często słyszymy, że to ciężka praca, trud. Miłość nas boli, osłabia. Może dlatego, że na co dzień mało zwracamy uwagę na uczucia. Gdy jest OK, to tego nie doceniamy, nie myślimy, że jest fajnie, że jesteśmy szczęśliwi i zakochani. To oczywiste, normalne. Dopiero gdy uczucia nam zaczynają przeszkadzać, mówimy o nich. Moment zakochania jest nam dany, mamy wtedy siłę i energię, natomiast późnej, żeby zbliżyć się do drugiej osoby i zbudować relację, trzeba włożyć w to pracę. Miłość to też budowanie więzi, ugruntowanie, tworzenie czegoś dobrego z drugą osobą.

Nad związkiem się „pracuje”, relację się „buduje”. Te słowa kojarzą się z wysiłkiem, z pewnym znojem. A przecież miłość to rozkwit, szczęście, bujność. Wydaje mi się, że gdybyśmy poprosiły kogokolwiek o zrobienie tabelki, w której z lewej strony wypisze pozytywne określenia miłości, z prawej zaś negatywne…

…to znajdzie się tam pewnie więcej negatywów. Tak, bo my nie zauważamy, ile możemy zrobić dzięki miłości, że silną bazę stanowi szczęśliwy dom. Dopiero gdy ją tracimy, dostrzegamy, jak trudny może być świat bez niej. Gdy miłość jest, to po prostu jest. W tym kontekście nie mówię o budowaniu jako ciężkim wysiłku, ale chęci pielęgnowania i dbania o związek.

To pokazuje, jak słowa mogą wpłynąć na postrzeganie naszej relacji, zmienić sens wypowiedzi.

Tak. Słowa odzwierciedlają i myśli, i uczucia. Mogą ranić lub wzmacniać. Zachęcać bądź odstraszać. Często winę za pogorszenie naszych relacji ponosi nasze lenistwo. Bo skoro miłość to praca, a mnie się nie chce pracować, to sobie odpuszczam, nie pielęgnuję jej. Jesteśmy trochę zakotwiczeni w nurcie miłości romantycznej, która ma trwać. A ja myślę, że z miłością jest jak z karierą zawodową: chcemy osiągnąć sukces, więc musimy włożyć w to wysiłek. Podejmujemy decyzje, poświęcamy czas, inwestujemy w swoje umiejętności, rozwijamy się. To jest nasz koszt, ale ponosimy go po to, by coś osiągnąć. Efekt? Jesteśmy spełnieni, zadowoleni, więcej zarabiamy. Miłość też może być sukcesem. Ale to nie zrobi się samo, to my mamy wpływ na jej jakość. Bo to my ją tworzymy.

Odłóżmy na chwilę pracę i wyobraźmy sobie, że jestem cudzoziemką, a ty w swoim języku opowiadasz mi o miłości, ale używając tylko pozytywnych określeń. Co bym usłyszała?

Powiem ci o moim odczuwaniu miłości: to radość, szczęście, spokój, bezpieczeństwo. Dla mnie miłość to też olbrzymia wartość i jeśli ją zbuduję, nie chcę jej oddać ani stracić. To jest coś bardzo mojego, coś, co dodaje mi energii i wiary w siebie, nadaje sens mojemu życiu, jeden z najważniejszych filarów mojego istnienia, miejsce, do którego chcę wracać, miejsce, w którym chcę dawać, w którym jestem akceptowana i akceptuję. Gdy wytniemy z miłości pracę i spojrzymy na sam efekt, jest to wartość nieoceniona. Nie wiem, czy istnieje fajniejsze miejsce na świecie niż to, w którym dwie osoby się kochają. Tego nie da się niczym zastąpić. Nie znam nikogo, kto powiedziałby, że w zamian za wspaniałą karierę oddałby swoją wspaniałą miłość.

Pod warunkiem że to naprawdę piękna miłość.

Dokładnie, w tym tkwi sedno. Bo ja mogę w danym momencie nie nastawiać się na miłość i wybrać karierę, ale tylko dlatego, że coś w tym obszarze mojego życia się wypaliło. Dopóki miłość jest piękna, nie chcesz jej stracić. Myślę, że my się boimy nie miłości, ale tego, że ta miłość będzie nie taka albo że zostaniemy porzuceni. Bo miłość jest potrzebą. My bardzo dużo robimy, by miłość zdobyć. Staramy się poprawić nasz wygląd, rozwijamy się, inwestujemy w siebie i tym samym zwiększamy szansę, by poznać kogoś i stworzyć z nim wartościowy związek.

Jest tak, że jedni mają większą zdolność do miłości, inni nie?

Jeśli urodzimy się jako owoc miłości, potem jesteśmy kochani przez rodziców, to będzie nam łatwiej budować relacje. Jeśli mamy dobre wzorce miłości, to stajemy się bardziej otwarci na uczucia. Myślę, że ta pierwsza relacja z rodzicami jest mapą, na której są narysowane pewne drogi. I dopóki ktoś lub coś nie pokaże, że można inaczej, będziemy podążać utartymi ścieżkami. Bo je znamy. Nawet jeśli są górzyste, to przez to, że są znajome, stają się dla nas bezpieczniejsze. Bliskość wyzwala w nas bardzo różne emocje, co nie znaczy, że musimy przeskakiwać z totalnej miłości do totalnej nienawiści. Istnieje jeszcze obszar codzienności, który może być po prostu przyjemny, w którym może być spokojnie, z którego możemy czerpać, ale musimy go zauważyć i docenić. Dobre jest oczywiste. My oczekujemy, że ma być normą. A miłość nie jest normą i nie spada z nieba.

I dlatego łatwiej o miłości mówić, gdy coś z nią nie tak.

W dobrej miłości nie potrzebujemy wsparcia. Gdy spotkam się z koleżanką i powiem jej: „Wiesz, jestem szczęśliwie zakochana”, to ona nie bardzo ma co z tą informacją zrobić. Może się ze mną cieszyć, ale ja nie potrzebuję jej pomocy.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »