Jak ocalić związek przed wypaleniem?

123rf.com

Są ze sobą od pięciu, ośmiu, czasem dziesięciu i więcej lat. Dzielą mieszkanie, zakupy, pieniądze. Ślub i dzieci odkładają na później. Namiętność, fascynacja sobą już ich nie dotyczą, ale jest im ze sobą dobrze, wygodnie, bezpiecznie.
Tylko tyle i aż tyle. Czy osoby żyjące w przechodzonym związku mają jeszcze szansę doświadczyć satysfakcjonującej relacji?

Wóz albo przewóz

Olga i Mateusz są parą od dziesięciu lat. Od dwóch – już formalnie, ze ślubem i wspólnym kredytem. Zanim jednak zalegalizowali swój związek, jak obrazowo zaznacza Olga, stanęli nad przepaścią. Codzienne rytuały kojarzyły się już bardziej z nudą niż bezpieczeństwem, wspólne tematy „wyczerpały się”, a zmęczenie i pragnienie świętego spokoju po ciężkim dniu pracy niemal całkowicie skasowały rozmowy na trudniejsze tematy i wspólne planowanie przyszłości dalszej niż najbliższy weekend.

– Czułam, że stoimy w miejscu i jeśli nie ruszymy do przodu, nie zrobimy czegoś z naszym związkiem, wszystko runie – mówi Olga.

Mateuszowi o swoich oczekiwaniach powiedziała wprost: „Albo bierzemy ślub, albo idziemy każde w swoją stronę”. Na szczęście nie było żadnego oburzenia, sporów, dyskusji. Ogłosili zaręczyny, ustalili datę ślubu. Rodzina odetchnęła z ulgą. Oni też, zaskoczeni, że wykonanie tego kroku było takie proste.

– Moja przyjaciółka, zagorzała przeciwniczka ślubów, zapytała mnie ostatnio, czy coś w naszym życiu się zmieniło. Odpowiadam, że wszystko i nic. Nadal wspólnie robimy zakupy i gotujemy, w piątki spotykamy się ze znajomymi i gramy w planszówki, w niedzielę jesteśmy obowiązkowo na obiedzie u moich lub Mateusza rodziców, raz w miesiącu jeździmy na cmentarz pozapalać lampki na grobach dziadków – wymienia Olga. – Ale gdy się ostro pokłócimy, już nie zastanawiam się, czy rano jego ubrania nadal będą w szafie, bo teraz żeby odejść potrzeba trochę więcej zachodu niż spakowanie walizki. Mam też wrażenie, że odkąd wzięliśmy ten ślub, między nami jest trochę więcej ognia. Tak jakby te lata stagnacji znużyły nas już do tego stopnia, że nie byliśmy w stanie wykrzesać z siebie nic ponad buziaka w przelocie – dodaje.

Na pytanie, co zrobią, gdy nuda znów wkradnie się w ich związek, macha zniecierpliwiona ręką.

– Teraz to już inaczej jest. Planujemy dziecko, to taki nasz kolejny krok, z którym nie chcemy już czekać. A jak są dzieci, to nie ma nudy – zapewnia.

Wygoda to nie wszystko

Agnieszka nie miała tyle szczęścia. Z Pawłem rozstała się po siedmiu wspólnie spędzonych latach, z których – jak twierdzi – nic nie wynikało. O tym, że wygoda nie jest dobrym powodem na bycie z kimś w związku, zorientowała się niedługo po piątej rocznicy poznania Pawła. Ale zaczęło się od rozczarowania.

– Po cichu liczyłam na pierścionek. Myślę, że on wiedział, może podświadomie, ale wiedział. Chociaż później, gdy po rozstaniu zaczął o nas walczyć, mówił, że nie, że myślał, że tak jest nam dobrze, że nic nie mówiłam. No, może nie mówiłam, ale czy to nie jest logiczne, że jakiś kolejny krok w tak długim związku trzeba już zrobić? Nie wiem, choćby ten ślub albo dzieci, cokolwiek – zastanawia się Agnieszka.

Gdy jej oczekiwania spotkały się z brakiem reakcji ze strony Pawła, zaczęła zastanawiać się nad ich związkiem. Jak przyznaje, trochę czasu zajęło jej zrozumienie, że to, co czuje do partnera, nie ma już zbyt wiele wspólnego z miłością. Z ulgą i niepokojącą radością przyjęła wiadomość o jego trzymiesięcznym wyjeździe na kontrakt do Chin. Postanowiła przeznaczyć ten czas na podjęcie decyzji. Nie było łatwo. Przyjaźń, wzajemna troska, poczucie bezpieczeństwa – Agnieszka przekonywała samą siebie, że wypracowanie tego wymaga lat i będzie musiała długo znów na to czekać. Znużenie i brak perspektyw na coś więcej jednak wygrały. Gdy odeszła, Paweł jakby się ocknął, próbował nadrobić lata stagnacji. Agnieszka nie chciała jednak robić nic na siłę.