„Jak upolować miłość”. Wywiad z Iwoną Firmanty

Klucz do upolowania miłości to pokochanie siebie, zaakceptowanie tego jaka jestem, a nie udawanie kogoś kim nie jestem- mówi Iwona Firmanty, psycholog, socjolog, trener umiejętności osobistych i autorka książki „Jak upolować miłość”.

 

Rozmawia: Weronika Wawrzkowicz/Rozmawiam, bo lubię

Weronika Wawrzkowicz: Zaczynamy polowanie na miłość z Iwoną Firmanty. Od razu powiem, że będzie to polowanie bezkrwawe, ale krew zacznie szybciej krążyć, bo przecież chodzi o najbardziej pożądane uczucie.

Pomyślałam sobie, że siła Twojej książki „Jak upolować miłość” to szczerość kobiet. Zebrałaś najbardziej intymne opowieści pań, z którymi pracujesz nad ułożeniem relacji prywatnych. Takie zapisane historie mogą pomóc innym, bo w cudzych opowieściach czytelniczki odnajdują fragmenty swojego życia.

Iwona Firmanty: Niektóre historie przedstawione w książce są prawdziwe od początku do końca. Oczywiście opisałam je za zgodą moich klientek i fajnie by było, gdyby ktoś wyciągnął wnioski z ich doświadczeń. Chodzi o to, żebyśmy uczyły się tego, że każde zdarzenie w naszym życiu coś wnosi.

Dziewczyny opowiadają o swoim dzieciństwie, związkach, rozstaniach. Bardzo mi się podoba, kiedy piszesz, że czasami trzeba zmienić oprogramowanie, które mamy w głowie. Wyjaśnij, co zapisuje się na naszym wewnętrznym dysku w dzieciństwie i dlaczego takie oprogramowanie potrafi być obciążające w dorosłym życiu?

Nie chciałabym, żebyśmy non stop patrzyli na to, co się zadziało w naszym życiu i potem to kultywowali. Ważne jest to, żeby zauważyć, że mogło się zadziać coś, co wpłynęło na to, że przyjęliśmy za swoje jakieś cechy i zachowania, które tak naprawdę nie są nasze. Kluczowe jest to, że zanim zaczniemy polować na miłość, najpierw trzeba pokochać siebie. W całości, z zaakceptowaniem tego, jaka jestem, a nie z udawaniem kogoś innego. Przykładowo, żeby zasłużyć na miłość rodziców, byłam bardziej precyzyjna, poukładana, miałam porządek w pokoju. A tak naprawdę moim marzeniem było poskakać po drzewach i porwać sobie niejedną sukienkę. Patrzymy sobie na to, co było wczoraj i przedwczoraj jak na coś, na co nie mamy wpływu, ale uczymy się wyciągać z tego wnioski. Każde doświadczenie może nas wzmocnić, chociaż takie spojrzenie wstecz nie zawsze jest miłe.

Czyli chodzi o to, żeby zorientować się, jakie oprogramowanie mam wgrane i zauważyć, że być może są tam też wirusy, które pojawiają się w postaci myśli: „źle robisz”, „nie zabieraj się do tego, bo to się na pewno nie uda”. Trzeba te czarne myśli wyrzucić i zacząć czerpać z życia.

Bardzo często śmieję się z klientkami, że jadą na tzw. DOSie i proszę je, żeby zainstalowały chociaż Windows 95. Każdy komputer ma jakiś program antywirusowy i tak samo warto pomyśleć o sobie. Kiedy słyszymy taki monolog wewnętrzny, takie czepialstwo wobec samego siebie: nie uda mi się, nie potrafię, co ludzie powiedzą, trzeba zauważyć, że to wirus, złapać go i zastanowić się, co z nim zrobić, zanim się rozprzestrzeni po wszystkich komórkach.

Część osób może zareagować oburzeniem na hasło: „miłość jako projekt do zrealizowania.” Taka reakcja wynika z tego, że jesteśmy karmieni tym, że uczucie spadnie na nas jak grom z jasnego nieba. Biznesowo jakoś nie dziwi nas to, że musimy wpisać sobie jakiś projekt w kalendarz. Przygotowanie przestrzeni dla miłości z niewiadomych względów jest dla nas czymś zaskakującym, jak to jest?

Pewnie, że trzeba przygotować przestrzeń na miłość. To jest tak, jak z chodzeniem na fitness lub pójściem do pracy. Na każdą rzecz, projekt lub pomysł musimy mieć przestrzeń i zasoby. Ta reguła dotyczy też tworzenia związków damsko-męskich i budowania relacji ze sobą. Pokochanie siebie to jest zadanie, o którym musimy pamiętać na co dzień. Słowa: „musimy” używam tutaj celowo, bo bardzo często później dziewczyny o tym zapominają. Ważniejsze stają się sprawy w pracy. Tak, to jest zadanie. Proponuję, żeby do tego podejść jak do projektu, a później pozwolić, żeby zadziałały emocje i wszystko to, czego potrzebujemy.

Jako kobiety potrafimy w sobie zmieścić różne modele funkcjonowania. Bywamy twardymi szefowymi, a jednocześnie mamy w sobie małą dziewczynkę, która jest bezradna i gubi się w relacjach damsko-męskich. Czy kobiety wstydzą się przyznać do takiej dwoistości? Boją się powiedzieć wprost: „poszukuję miłości”?

Bardzo często pracuję z dziewczynami, które są świetnymi ekspertkami w pracy, bywają pracoholiczkami. One w większości pragną posiadania bliskiej osoby. Faktycznie jest tak, że gdy zajmujemy się tematem relacji damsko – męskich, one się krępują, mają obawy, bo są ekspertkami od świata zewnętrznego. W momencie, kiedy zaczynam z nimi pracować nad tymi relacjami, nad tym, żeby ta druga osoba czekała na nas w domu, te kobiety się obawiają, bo to jest wyjście z ich strefy komfortu. Zazwyczaj bardzo często chciałyby uciec z powrotem do tego, w czym się lepiej odnajdują, czyli do pracy. Mimo tego, że wiedzą, że to im nie daje szczęścia. Jest lęk, ale żeby go pokonać, trzeba odwagi. Bardzo często jestem przewodniczką takich dziewczyn. Łapię je za rączkę i mówię: „chodź, poprowadzę cię, a jak będziesz się obawiała, coś się zadzieje, to ja cię poprawię, chodź, nie bój się”.

Z jednej strony mówisz, że jesteś przewodnikiem, ale też jasno piszesz, że trzeba wziąć odpowiedzialność za własne życie i nie czekać na to, aż ktoś za nas zdecyduje.

Tak, oczywiście. Żeby mogło dojść do zmiany, musimy być na nią gotowe. Potrzebujemy wewnętrznej motywacji, mocnego przekonania: ja chcę. Absolutnie niczego nie nakazuję. Raczej pokazuję moim klientkom trzy pary drzwi i to one wybierają, w które wejść. Doprowadzam je do tych drzwi, ale finalnie decyzję podejmują one, bo są ekspertkami od swojego życia. Wiedzą, czego chcą. A jeśli nie wiedzą, mówię: chodź wejdźmy w jedne drzwi

I sprawdźmy…

Sprawdźmy. Jeśli będzie za nimi źle, to ja ci pomogę, wejdziemy w drugie. To jest działanie, z każdym takim krokiem pojawia się większa odwaga. Poznajesz siebie. Czasami dziewczyny są zdziwione: o, nie wiedziałam, że tak umiem, albo nie widziałam, że mam ciemniejszą stronę księżyca.

A jak często jest tak, że kobiety stosują strategię ucieczkową. Wpadają w pracoholizm, żeby nie było czasu na refleksję pt. „ jest mi źle i powinnam coś zmienić”. Zdarza się to?

Pewnie, że się zdarza. Kiedy już pracuję z dziewczynami, z góry je uprzedzam: pojawi się taki moment – tak jest w krzywej Fishera – że będziesz chciała pójść w dół, będziesz się obawiała, zapragniesz pójść z powrotem do pracy, żeby ci się wszystko poukładało. A ja ci mówię, że to jest ten moment, gdy ciało mówi, że jesteś całkiem blisko pójścia do góry, wtedy zaczyna się jakaś przemiana. Zdarza się, że na tym etapie panie nie przychodzą na kolejną sesję, odraczają ją terminowo, ale pojawiają się po trzech lub czterech tygodniach i mówią: Najtrudniejsze dla mnie jest to, że ja mam świadomość tego, czego chcę. Obawiam się, ale już jestem na takim etapie, że muszę coś zrobić. I to jest ten moment, kiedy one wiedzą, że chcą nowe buty . W tych poprzednich już nie będą chodziły.

Za bardzo uciskały i narobiły odcisków?

Te odciski to są zaprzeszłości, doświadczenia. Takie odciski na układzie nerwowym to jest coś, z czym potem z dziewczynami pracujemy. Trudne relacje z rodzicami, a przede wszystkim z partnerami.

Sięgam do swojego notatnika i mam tu takie zdanie, które mnie zatrzymało. „Jeśli nie wiesz, czego chcesz, może się okazać, że dostaniesz od życia to, czego najbardziej się obawiasz”. To mnie zmobilizowało do działania, stworzenia listy priorytetów życiowych.

Faktycznie zachęcam dziewczyny, żeby stworzyły sobie taką listę. Czasem klientka przychodzi z listą pięćdziesięciu perfekcyjnie określonych punktów na temat tego, jaki on ma być. I ja się zazwyczaj śmieję, mówiąc: teraz uważaj, bo Cię zdenerwuję. Z tej listy, moja droga, masz sobie zostawić trzy najważniejsze elementy. Ok., niech ci będzie – pięć. Na początku piszemy list do świętego Mikołaja: chciałabym to, to i tamto. Ale zaraz potem, musisz na chwilę usiąść i zastanowić się, czego tak naprawdę potrzebujesz, co spowoduje, że będziesz się czuła komfortowo w związku i będziesz sobą w tej relacji. Klientki wtedy skracają listę do trzech lub pięciu punktów, bardzo się przy tym męczą.

W Twojej książce pojawiają się ćwiczenia. Pierwsza reakcja czytelniczek może być taka: „Mam robić teraz zadania domowe? Przerabiałam to w podstawówce”. W takiej sytuacji chyba warto pomyśleć tak: jeśli idziesz na siłownię i stoisz obok bieżni, nie oczekuj wybitnej figury. Jeśli nie zabierzesz się za ćwiczenia, to nic w twoim życiu się nie zmieni…

Na co dzień prowadzę szkolenia biznesowe. Jednym z elementów tego, żeby uczestnik uczył się czegoś nowego, jest przejście tzw. cyklu Kolba. Chodzi o to, że trzeba przerobić w sobie to, co mówi wykładowca i to, co czyta się w przykładach. Ćwiczenia są niezbędne, aby złapać refleksję. Jeżeli dziewczyny czytają książki, ale nie siadają i nie wykonują ćwiczeń, to znają teorię, ale nie wprowadzają jej w praktykę. Warto usiąść i pomyśleć, jak to, co czytam, ma się do tego, czego ja potrzebuję. Bez tego nie będzie efektu, którego oczekujemy na końcu. Zresztą te ćwiczenia się nie kończą, jest ciąg dalszy. Musisz się serwisować, myśleć o tym, czego potrzebujesz, mieć czas na zatrzymanie się.

Dziewczyny, które do ciebie przychodzą i szukają miłości, zazwyczaj mają już kilka rozstań za sobą. Piszesz bardzo ważną rzecz, żeby rozstania nie traktować jako porażki, tylko uznać je za bardzo ważną lekcję. Co z tą lekcją dalej zrobić?

Dobrze by było, żeby dać sobie moment po rozstaniu na to, żeby pomyśleć, dlaczego do tego doszło. Pozwolić, żeby emocje opadły. Warto usiąść sobie ze sobą i się zastanowić, co dobrego mnie spotkało w relacji z tym człowiekiem, bo każdy człowiek jest wartościowy, jest fajny. Nie zawsze nam się te puzzle ułożą od razu. Trzeba zastanowić się, czego się nauczyłam i dopiero pokombinować, czego chcę jutro, a czego pojutrze. Wyciągajmy wnioski z każdego wydarzenia, które nas spotyka. Wiadomo, że to nie będzie łatwe, bo bardzo często są w tym wszystkim emocje, rozczarowanie, żal. Ale to było wczoraj. Ważne, żebyśmy nie kultywowały w sobie tej negatywnej energii, bo nie mamy na nią wpływu. Pomyślmy, co możemy zrobić, żeby było fajnie, pozytywnie i żeby był uśmiech na twarzy.

Piszesz też o zagrożeniach, które pojawiają się wtedy, kiedy jesteśmy tak spragnione miłości, że rzucamy się na pierwszego mężczyznę, który pojawia się na horyzoncie. Jeśli odwzajemnia uczucie, chcemy z nim robić wszystko razem. Mówisz, że zamieniamy się wtedy w księżniczkę-jęczybułę. Co się kryje za tym określeniem?

To jest określenie, którego użył mój klient, mężczyzna. Opisał nim taki syndrom u kobiet, które na pewnym etapie, kiedy on je jeszcze zdobywał, były niedostępne, miały swoje zainteresowania, swój świat. Uprawiały fitness, chodziły na spotkania, lepiły garnki z gliny. Robiły cokolwiek, co sugerowało, że mają swój świat. A w momencie, kiedy on je przekonał swoją miłością, swoją osobą, nagle pojawiło się u nich dążenie, roszczenie, oczekiwanie kontaktu przez 24 h na dobę: podrap za uszkiem, pokochaj, ululaj, ucałuj.

Kobieta bluszcz…

Tak, one gdzieś traciły ten moment bycia same ze sobą i zaczynały żyć wyłącznie jego światem. To działa zresztą w dwie strony. Jeżeli wokół kobiety będzie biegał mężczyzna, który będzie na każde jej zawołanie, poda kapcie, wymiętoli stópki, poda herbatkę, stwierdzimy: halo, coś jest nie tak…

Daj mi coś ze swojego świata, prawda? Wtedy jest fajna synergia.

U każdej z nas istnieje ryzyko, że staniemy się królewną jęczybułą, Rodzi się w momencie, kiedy po wejściu w tę fantastyczną emocję związaną z tym: o pojawił się on na świecie, fajnie, że jest w moim życiu! zatracimy się w dążeniu do bycia ze sobą bez przerwy. Bardzo często królewną jest dziewczyna, która zagubiła swoje satelity, czyli własne zainteresowania, swój świat. Niestety staje się przez to nudna, przewidywalna. Zaniedbuje często siebie, a to niesie kolejne problemy, skoro już ją zdobył, no to, co tam więcej…

Dzielisz ludzi na kolory, w naszych osobowościach jest czerwony, żółty, niebieski, co się kryje za tymi kolorami, dlaczego warto zdać sobie sprawę, z jakiej palety barw jesteśmy zbudowani?

Dlatego, że każdy z nas ma zestaw charakterystyczny dla siebie, taki, z jakim się urodziliśmy. W momencie, kiedy zdaję sobie sprawę z tego, z jakich elementów się składam, czy jestem bardziej introwertyczna czy choleryczna, wiem też, z jakim partnerem będzie mi po drodze. Z kim będzie mi dobrze, w jakiej relacji nie będę się bała komunikować tego, czego potrzebuję. Bardzo często widzę dziewczyny, które łączą się np. z cholerycznym typem osobowości. Oni – sami z siebie – mają taką tendencję do poruszania się w świecie emocji jak słoń w składzie porcelany. Wcale nie mają złych intencji, ale mogą rzucić taki komentarz, że dziewczyny o tendencji żółtej lub zielonej biorą to za bardzo do siebie, a później boją się takiego mężczyzny, są skrępowane w jego obecności. Jeśli mam świadomość, że mój partner ma więcej energii o tendencji czerwonej, to w dosyć mocny sposób mogę powiedzieć, co na dany temat myślę i on się nie obrazi, ani ja się nie obrażę. Zachęcam dziewczyny, żeby poczytały o tym w książce Jak upolować miłość. Świadomie wybierajmy partnerów, którzy mają określone cechy.

Mężczyzna o tendencji czerwonej będzie działaczem, u mężczyzny o tendencji zielonej będzie empatia, nastawienie na budowanie relacji, u mężczyzny niebieskiego będzie z kolei potrzeba porządku, perfekcji, a u żółtego nastawienie typu „koko dżambo i do przodu!” i to też jest fajne. Zachęcam, żeby poznać te kolory, bo naprawdę ułatwiają życie.

Najważniejsze przesłanie, jakie płynie z Twojej książki Jak upolować miłość, brzmi: szczęście jest kwestią naszej decyzji. I to nie takiej, która się podejmuje raz na zawsze, tylko codziennie się ją odnawia. Wstaję i podejmuję konkretne działania, które otwierają drzwi, przez które może wejść miłość.

Szczęście to jest codzienna decyzja, codzienne podlewanie roślinki, nie przychodzi samo z siebie. Niektórzy mają łatwiej, bo mieli lepszy start, niektórzy ciut trudniej. Zachęcam do tak zwanej uważności. Warto każdego dnia wprowadzać do swojego życia pasję, optymizm, spokój, namiętność, dumę z siebie. Są nawet wzory na to, jak budować emocje związane ze szczęściem. To się da zrobić. W większości przeżywamy emocje negatywne. Tak naprawdę to one spowodowały, że przetrwaliśmy jako gatunek. Bez strachu, smutku, lęku, nie bronilibyśmy swojego zdrowia i życia. Szczęście można codziennie budować, szczególnie w związkach, a często o tym zapominamy, jak już kogoś sobie upolujemy.

Kup książkę tutaj>>>