Jak widzą związek kobiety, a jak mężczyźni?

fot.123rf

„Kochanie, musimy porozmawiać”… Cóż, jeśli tak zaczniesz konwersację z ukochanym, masz niemal 100 proc. gwarancji, że nie dojdziecie do żadnego porozumienia. Jak zatem rozmawiać, by się dogadać? Czy damskie i męskie podejścia do problemów rzeczywiście tak bardzo się od siebie różnią? Psychoterapeutkę Katarzynę Miller pyta Joanna Olekszyk.

Czy mężczyźni podchodzą inaczej do związku niż kobiety?

Sądzę, że na to pytanie są dwie dobre odpowiedzi. Jedna: tak. Druga: nie. Zacznę od odpowiedzi „nie”, czyli tej, która mówi, że podejście mężczyzn niczym nie różni się od tego babskiego. Jak rozmawiam z ciekawymi, fajnymi facetami, w miarę życiowo pozbieranymi, to oni mówią, że oczywiste jest, że związek to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu. Mieć kogoś, być z kimś, kogo się kocha, w domu, w którym można schronić się przed całym światem, w którym czujesz się bezpieczny i chciany – to dla nich istota bycia szczęśliwym. Podkreślają też, że kobieta ma być dla nich partnerką, że ma wiedzieć, czego chce, i ma być inteligentna. I nie powinna być kastrująca, czyli raczej wspierać niż krytykować. Przede wszystkim chcą jednak, żeby kobieta lubiła samą siebie, miała swoje sprawy i swoje życie.

To znaczy, że są na tyle świadomi, by wiedzieć, jak to jest ważne.

Zgadza się. Współcześni świadomi mężczyźni nie potrzebują kobiety, która będzie na nich wisiała. Obserwuję to także z drugiej strony. Przychodzą do mnie kobiety, które mówią, że mężowie mają dosyć ich „bluszczowania”. Powiedzmy Zyta, atrakcyjna około czterdziestki – mąż ją zdradził, bo dusił się w jej uścisku, ale wrócił i powiedział, że chce z nią być, tylko ona się musi zmienić. Musi mieć swoje życie. Co więcej, to on ją do mnie wysłał, co uczciwie mi wyznała i spytała, co ona ma zrobić, żeby mu się nie przestać podobać. Tłumaczyłam, że jeśli będzie się zmieniała dla męża, to się raczej nie zmieni, tylko będzie poszukiwać nowych zachowań, żeby on uwierzył, że ona się zmieniła, jej istota zaś pozostanie ta sama – uzależniona od niego i jego oczekiwań. Powoli, powoli otwierały jej się oczy – po prostu ona wzór tego niewolniczego oddania wyniosła z domu, jej mąż wcale tego od niej nie oczekiwał.

Podsumowując, myślę, że mężczyznom chodzi o to samo, co nam, ale oni nie mają wprawy w nazywaniu tego, nie mają opanowanej terminologii uczuć, czasem dopiero po dłuższym czasie są w stanie opisać partnerce sedno problemu, choć od początku czują, co jest nie tak.

Lubię wspominać moją najkrótszą i superudaną interwencję małżeńską. Zadzwoniła do mnie była pacjentka z płaczem, że mąż już jej nie kocha i czy ona może przyjść z nim, by ratować to małżeństwo. A czy on też chce? – spytałam. Tak. No to przyjdźcie. Wchodzą. On, duży, silny mężczyzna, patrzy mi prosto w oczy, myślę: „O, jest dobrze”. Siadają, on mówi: „Zaczynaj”, a ona w bek: „Ty mnie już nie kochasz…”. On na to z mocą: „Takiej cię nie kocham”. Ona dalej płacze: „Co ja teraz zrobię? Ty już mnie nie chcesz”. On jeszcze dobitniej: „Takiej już cię nie kocham”, ale ona dalej zawodzi. Pytam więc wprost: „Czy ty słyszysz, co on mówi?”. „No, że mnie nie kocha”. „Powtórz jego całe zdanie” – proszę. „No, że takiej mnie nie kocha. Takiej… To znaczy jakiej?” – pyta go, bo wreszcie coś do niej dotarło. „No, takiej rozmazanej, nieszczęśliwej, wiecznie marudzącej” – tłumaczy on. „No, ale taką mnie kiedyś kochałeś”. „Taką cię kiedyś chciałem, bo mi było z tym dobrze, że ja jestem taki wielki, a ty taka malutka, ale poszedłem na terapię i dotarło do mnie, co robię. I już tego nie chcę”. „A czego chcesz?” – pyta ona, już bardziej spokojna. „Żebyś była taka, jak potrafisz”. „Czyli jaka?”. „Inteligentna, fajna dupa”. „I będziesz mnie taką kochał?”. „Nie będę, tylko taką cię właśnie kocham”. „Czyli ty mnie kochasz?”. „Tak, kretynko!”. Złapali się za ręce i poszli. A ja sobie tylko siedziałam na fotelu i z radością słuchałam, jak sami dochodzili do porozumienia.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »