Jak żyć, żeby chciało nam się kochać

fot.123rf

Zmęczeni pracą, życiem, a czasem i sobą nawzajem, gonimy za ekscytacją, odmianą, czymś zupełnie nowym. Szukamy miłości, ale powoli przestajemy w nią wierzyć. Podobnie jak w to, że można być szczęśliwym z jedną osobą przez całe życie. Albo po czterech nieudanych małżeństwach. Psychoterapeutka Katarzyna Miller przywraca wiarę w to, że „miłości jest tyle, ile trzeba nam”. I tłumaczy, jak niezbędna do kochania jest celebracja życia oraz akceptacja siebie i innych.
Żyjemy w czasach rzeczy jednorazowego użytku. Zamiast naprawiać, wymieniamy na nowe. Rodzi się pokusa, żeby przełożyć to na relacje. Nie masz wrażenia, że w tej materii czasem też zbyt szybko się poddajemy? Wyrzucamy na śmietnik jeszcze całkiem dobrze funkcjonujący związek tylko dlatego, że trochę się zaczął psuć?

Prawda, zbyt szybko się poddajemy – i to w wielu dziedzinach. Moim zdaniem jest to bezpośrednio związane z rodzajem wychowania, jakie nam się funduje. Jesteśmy niecierpliwi, bo nasi rodzice nie byli wobec nas cierpliwi. Nie dawali nam prawa do tego, żebyśmy na przykład bardzo spokojnie i bez pośpiechu nauczyli się zawiązywać sobie sznurówki albo jeść łyżką zupę. Dziecko bez przerwy jest popędzane przez dorosłych. Oczywiście rodzice samych siebie tak popędzają, ale poprzez to popędzają też swoje dzieci. Dlaczego nazywamy nasze czasy szybkimi? Właśnie dlatego. Ciągle słyszę i czytam, że czas tak szybko leci. A gówno prawda! Czas nie biegnie ani szybciej, ani wolniej – to od nas zależy, jak go postrzegamy i co z nim robimy. Jeśli zaczynasz urlop z myślą, że zaraz się skończy, to nic dziwnego, że czas ci pędzi jak szalony. Jeśli idziesz na randkę i nie oddajesz się przyjemności patrzenia na tę drugą osobę i trzymania jej za łapkę, tylko myślisz gorączkowo: „No, ciekawe, czy pójdziemy dziś do łóżka” albo: „Kiedy on mnie wreszcie pocałuje?”, tracisz całą przyjemność tej chwili.

Jak rozumiem, postulujesz o coś, co można nazwać…

celebracją życia. Rzecz dziś bardzo unikalna. Niektórzy mówią, że celebrują życie w święta, ale nie bardzo chce mi się w to wierzyć – z moich obserwacji wynika, że raczej zapieprzają… Bo najpierw trzeba kupić, potem ugotować, podać, posprzątać, podać następne – gdzie tu jest celebracja?

A jak ktoś śpiewa piosenkę „Zamienię ciebie na lepszy model”, to wszyscy się cieszą, i choć przyznaję, jest to zabawny i przyjemny utwór, to jednak też i smutny. Wszyscy zgodziliśmy się na to, że jesteśmy takimi modelami – głównie do oglądania i oceniania: tu za dużo, tu za krótko, a tu nie ten kolor… Ciągle coś trzeba poprawiać i zmieniać.

Koleżanka powiedziała mi ostatnio, że jak słyszy, że jakaś kobieta zmieniła wszystko: wygląd, pracę, a potem partnera – to zaczyna się o nią martwić.

No bo jest w tym przymus uznania dla jej wielkiej zmiany. Wszyscy mają się cieszyć, że schudła i wszyscy mają się cieszyć, że ma nowego faceta. Ale czasami nowy jest gorszy od starego. Taki przykład: jak pomaluję sobie u kosmetyczki brwi, to się cieszę, że nie muszę ich codziennie malować i dzięki temu dobrze wyglądam od rana i mogę zaoszczędzić czas, ale nie spodziewam się, że dzięki nowym brwiom moje życie się odmieni. Po zmianach spodziewajmy się tylko konkretnych rezultatów, nie magii, raczej zadowolenia niż natychmiastowego szczęścia. Więcej dobrego wyniknie z tego, że dzięki temu, że schudłaś, będziesz bardziej zadowolona. W związku z tym zrobisz więcej miłych i dobrych rzeczy i na więcej będziesz miała ochotę. To są realne plusy. Na tym polega zmiana, ale nie na tym, że nagle świat się w tobie zakocha, bo inaczej wyglądasz. Świat może tego nawet nie zauważyć.

Na wspomnianej liście zmian ta dotycząca partnera była przedstawiona niczym jeden z porządków, jakie możesz zrobić w swoim życiu, tak jak przemeblowanie mieszkania. Trochę się przeciwko temu buntuję…

Rzeczą zrozumiałą w częstszych zmianach partnera jest to, że dzięki postępowi medycyny żyjemy obecnie coraz dłużej i po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach może się okazać, że jeden partner nie jest kompatybilny z naszym życiowym rozwojem. Jeżeli para poznała się w podstawówce i od tego czasu są razem, mają dzieci i strasznie długi staż – to dla jednych będzie to cudowne, a dla innych męczące i nudne. Gorzej, jak tylko dla jednej strony będzie męczące, a dla drugiej cudowne. Ludziom w trakcie życia zmieniają się punkty widzenia, po kilkudziesięciu latach mogą mieć zupełnie inne cele, niż mieli na początku znajomości – jeśli partner nie zmienia się w takim tempie i kierunku  jak ty, możecie po jakimś czasie nie mieć już ze sobą o czym rozmawiać.

Kiedyś wizja bycia z kimś do końca życia była dla mnie przerażająca. Dziś mogę ze zdziwieniem wyznać, że jestem w niezłym związku od prawie 30 lat, choć z przerwami, i myślę, że to całkiem normalna rzecz. I chwilami fajna. Oczywiście czepiam się go czasami, on mnie też, ale myślę, że każdego bym się czepiała, choć pewnie w innej sprawie. Może więc zmieniamy partnerów, bo chcemy się poczepiać kogoś o inne rzeczy (śmiech).

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »