Serce czy rozum: czym się kierować w miłości?

fot.123rf

Odwieczny dylemat kobiet: dać się porwać miłości czy pozostać przy małej stabilizacji i poczuciu bezpieczeństwa?
Wyobraźmy sobie, że znaleźliśmy się w nieznanym gęstym lesie. Na szczęście mamy przy sobie kompas. Wyciągamy go z kieszeni i od razu czujemy się pewniej. Co więcej, pamiętamy, że w plecaku jest drugi kompas, który nosimy przy sobie, ot tak, na wszelki wypadek. Ponieważ sytuacja jest poważna, bierzemy do ręki również ten instrument. I… o zgrozo! Kompasy wskazują kierunki różniące się mniej więcej o dziewięćdziesiąt stopni! Nie można przecież iść za oboma. Zawierzyć pierwszemu czy drugiemu, a może uśrednić ich wskazania? A od tej decyzji może zależeć życie!

Angażując się w związek, mamy do dyspozycji dwa kompasy – serca i rozsądku. Każdy z tych instrumentów jest złożony, niejednoznaczny. Kompas serca to mieszanina pragnień, nadziei, emocjonalnych potrzeb, biologii i intuicji. Wskazuje kierunek bliskości, możliwość posiadania ukochanego partnera, obietnicę spełnienia w miłości.

Natomiast kompas rozsądku kieruje ku bezpieczeństwu i stabilności. Jest równie złożony. Składa się na niego suma wiedzy o szansach życiowych i zagrożeniach, przekazana nam przez wychowawców. Dochodzi do tego własna mądrość, wynik doświadczeń życiowych. Dyryguje tym wszystkim umiejętność posługiwania się rozumem: zadawania pytań, dociekania, wyciągania wniosków, prowadzenia wewnętrznego dialogu, uczenia się na błędach.

Te kompasy są tak bardzo odmienne, że muszą wskazywać różne kierunki! Kiedy jesteśmy młodzi, nie mamy zbyt dużego życiowego doświadczenia ani wystarczającej samokontroli. Słuchamy głównie serca. Dopiero z czasem do głosu coraz częściej dochodzi rozsądek. Po wielu latach prób i błędów mamy więc szansę zintegrować te dwa rozbieżne kompasy i korzystać z ich łącznej mocy. Oto historie czterech kobiet ilustrujące nasze zmagania z kompasami – dwie z nich ufają początkowo sercu, dwie inne kierują się rozumem. Zobaczmy, do jakich rozwiązań to prowadzi.

Miłość bez zastanawiania się

Alina miała 17 lat, kiedy wyprowadziła się z domu i zamieszkała z chłopakiem. – Ani przez chwilę się nie zastanawiałam – wspomina. To był jej sposób, by uciec od toksycznej rodziny i zacząć budować własne życie. No i była zakochana. Szczęście jednak trwało rok – do momentu, kiedy pojawiło się dziecko. Okazało się, że synkiem będzie musiała zająć się sama. Chłopak zaczął się migać. W wieku dwudziestu czterech lat miał swoje problemy egzystencjalne. Na szczęście w jej życiu znowu pojawił się inny mężczyzna.

Dziś widzi, że nowe uczucie pojawiło się akurat wtedy, gdy była w potrzebie. Stało się kolejnym w jej życiu kołem ratunkowym, z którego też wkrótce uszło powietrze. Związek trwał dwa lata i zaowocował drugim dzieckiem. W międzyczasie spadła „zasłona”. Okazało się, że drugi mąż ma poważne problemy ze sobą. Przy którymś z kolei wybuchu agresji Alina uciekła z domu z dziećmi i już do niego nie wróciła.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »