Łóżkowe (r)ewolucje: jak zmieniły się nasze seksualne zachowania?

fot. iStock

Od zawsze kręci, od zawsze podnieca. I wciąż sprawia większe lub mniejsze kłopoty. Cały ten seks.

W 1957 roku powstaje „Zwierciadło”, magazyn, który jako pierwszy na rynku pisze m.in. o sprawach duszy i ciała, a co za tym idzie – seksu. Jak zmieniały się przez lata problemy Polaków przychodzących do seksuologa?

Zbigniew Lew-Starowicz: Kiedyś większość problemów wynikała z olbrzymiej niewiedzy. Terapia w gabinecie była w sumie edukacją, np. jak pieścić kobietę, żeby jej było przyjemnie. Dziś jest Internet, mamy mnóstwo informacji, które czasami wręcz zaskakują. Proszę sobie wyobrazić: wchodzi pacjent i zanim zaczniemy rozmawiać, kładzie mi na biurko wyniki badań, bo przeczytał, że jak się ma kłopoty tego typu, to trzeba zrobić takie i takie badania. Druga rzecz: dziś przychodzi do mnie więcej par, a w latach 70., kiedy zaczynałem pracę, to była rzadkość.

Michał Lew-Starowicz: Poza tym dziś dużo częściej do seksuologa trafiają kobiety, które mają większą ochotę na seks niż ich partnerzy. Wcześniej ta szala była wyraźnie przechylona w stronę cierpiących na brak seksu mężczyzn. Poza tym spotykamy dużo utrwalonych stereotypów i mitów. Pacjenci przychodzą z wizją, jak powinno wyglądać ich leczenie. Pytają, oczekują, bo się o czymś naczytali lub zobaczyli reklamę.

Z.L.-S.: Są też zupełnie nowe zjawiska, których nie było w tamtych czasach, np. specyfika seksu biznesmenów. To jest grupa bardzo charakterystyczna w związku ze swoim stylem życia. Dalej, nie było kiedyś bezrobotnych, a teraz są. Ci, którzy splajtowali, stracili pracę…

Zaraz, zaraz, jak się ten seks różni?

Z.L.-S.: Na ogół polscy biznesmeni w krótkim czasie osiągnęli bardzo wiele…

M.L.-S.: Mówisz o biznesmenach czasu transformacji?

Z.L.-S.: Tak. Weszli w posiadanie wielkich pieniędzy, które zaspokajały ich wszystkie potrzeby, ale żyli w dużym napięciu, stresie. I obecni biznesmeni, którzy walczą o to, aby firma się rozwijała, nie upadła. Do domu wracają na czterech łapach. Zmęczeni, wyczerpani i nie seks im w głowie. Ich partnerki bardzo często nie pracują zawodowo, chcą pożyć: dom ma 400 m kw., najnowszy samochód w garażu, wczasy na Malediwach. Więc ona wypoczęta, zadowolona chce seksu. A on? Albo jest wciąż zajęty, albo ze zmęczenia zasypia. I tu pojawiają się niesnaski, a seks kuleje.

I wtedy kto z nich trafia do seksuologa?

Z.L.-S.: Mężczyźni zmuszeni przez kobiety albo we dwoje. Seks biznesmenów wiąże się z rzadkim seksem i urlop w Tajlandii tego nie wynagrodzi. To nie jest tak, że można się przez tydzień wyspać i wigor wraca. Mężczyźni zazwyczaj rozumieją skargi partnerek, ale tłumaczą, że muszą dbać o firmę. Z kolei seks bezrobotnych to depresja. Mężczyzna ma 45 lat, nie może znaleźć pracy, a był kiedyś dyrektorem przedsiębiorstwa, kierownikiem, miał swój sklep. I to wszystko przepadło, a jego autorytet u kobiety poleciał na łeb na szyję. Więc nie seks mu w głowie.

M.L.-S.: Ja też obserwuję taką grupkę pacjentów, biznesmenów młodszego pokolenia, którzy przez lata bardzo intensywnie pracowali i w wieku lat 40 plus odpuszczają. Zaczynają cenić inne wartości, chcą teraz zainwestować w relacje. I tu wyróżnię jeszcze podgrupę mężczyzn, którzy już mają pieniądze i sobie odpuścili, za to ich partnerki chcą teraz rozwoju. I są niekompatybilni. To też się odbija na życiu seksualnym.

Z.L.-S.: Albo w latach 70., 80. przychodzili homoseksualiści, żeby im zmienić orientację, bo przecież są chorzy.

M.L.-S.: Kiedy ja zacząłem pracować, zdarzały się wizyty osób homoseksualnych, najczęściej mężczyzn w wieku 16–20 lat, zaraz po ujawnieniu swojej orientacji lub mające wątpliwości. Często z rodzicami albo tylko z zaniepokojonymi matkami. Mam wrażenie, że zanim trafili do mnie, chodzili od specjalisty do specjalisty z inicjatywy rodziny. Teraz też to się zdarza, ale rzadziej. I przychodzą sami, nie mają już specjalnych wątpliwości, tylko np. chcą, aby uspokoić rodzinę, która nie potrafi tego zaakceptować.

Z.L.-S.: Następna kategoria, której wcześniej nie było: singielka. W tamtych czasach było pojęcie „stara panna” i niech pani zgadnie, ile miała lat kobieta, kiedy ją tak nazywano?

30?

Z.L.-S.: 25. Kobieta do tego czasu powinna wyjść za mąż, mieć dzieci. Związki może i były niedojrzałe, bo zawierane w młodym wieku, ale ludzie wychodzili z domów rodzinnych i razem swoje życie kreowali. A teraz? Ona ma np. 32 lata i mieszka sama, on jest drugim singlem. Oboje mają przyzwyczajenia: tu stoją kapcie, tu talerze. I nagle zamieszkują razem, co rodzi wiele problemów, bo nie są w stanie pogodzić tych swoich światów.

Kiedyś też osobom po trzydziestce odmawiało się seksualności, a ciąże w tym wieku to była rzadkość.

M.L.-S.: To się ewidentnie zmieniło. Dodajmy do tego kobiety, które z rozmysłem zachodzą w późną ciążę, np. w wieku lat 42, 44, bo stawiają na samorozwój. Teraz monitoring ciąż jest bardzo dobry, ale pojawia się problem okresu połogowego. Kobiety czasem źle go przechodzą, bo nie mają wydolności 25-latki. W związkach oczekują wsparcia partnera, żeby rozdzielić obowiązki, gdyż nie mają siły, żeby to wszystko wytrzymać. I nie mają siły na seks. Druga sprawa: kobiety doszły do wysokiej pozycji zawodowej i nagle przez macierzyństwo wypadają z tego świata. Pojawia się dylemat: dziecko czy kariera?

Z.L.-S.: Gdyby pani sięgnęła do statystyk lat 70., toby pani zobaczyła, że w porównaniu z innymi krajami Europy aktywizacja zawodowa kobiet w Polsce była mimo wszystko spora. Kobiety pracowały, bo musiały, ale ich marzeniem był dobrze zarabiający mąż. Nie miały poczucia, że się realizują zawodowo, praca to był złodziej czasu, który można by poświęcić dziecku. Były zmęczone i bardzo często przychodziły do mnie wyłudzić L4, żeby odpocząć. Dziś często mamy do czynienia z przeciwnym biegunem: kobiety realizują się zawodowo, mają sukcesy, rodzina jest na drugim planie. Więc tu też pojawiają się problemy w związkach, bo partner może ją oskarżać, że nie opiekuje się dostatecznie domem. Ale jeśli kobieta ma dobrą pracę, dobrze zarabia, to dlaczego partner ma rządzić? Teraz często kiedy przychodzą do nas pary z zaburzeniami seksualnymi, okazuje się, że ich problemy są wynikiem walki o władzę w związku.

M.L.-S.: Bo okazuje się, że świetnie się dopasowaliśmy jako partnerzy i nagle w rolach seksualnych nie postrzegamy się zbyt atrakcyjnie. Są też pary, które ze sobą pracują. Prowadzą wspólne biznesy i tu pojawiają się problemy, bo za dużo razem przebywają.

Z.L.-S.: Poza tym jest jeszcze jedna zmiana. Wyniki badań socjologiczno-seksuologicznych pokazują, że kiedyś stereotypy płci były ważne i dosyć trwałe, np. mężczyzna może mieć wiele partnerek, jest z natury poligamiczny, a kobieta ma być monogamiczna i niedoświadczona. Teraz kobiety są asertywne i nie ukrywają swoich doświadczeń. Moja pacjentka ma lat 25, skończyła studia, dopiero co poszła do korporacji. I mówi mi, że była w trzech rocznych związkach, a w sumie miała 11 partnerów. To nie wpływa na jej samoocenę, ale ma znaczenie dla faceta. Bo przecież on musi być lepszy od tych 11 poprzednich. Dla niego to jest problem. Zdarza się, że kobiety mają więcej partnerów niż ich mężczyźni i tutaj dochodzą dodatkowe napięcia. No i nie zapominajmy o kobietach zarabiających więcej od mężczyzn. Kiedyś było to rzadkie zjawisko.

M.L.-S.: A jednocześnie związane ze stylem życia. Spotykam się z ludźmi, którzy budują swoje życie w takim micie, bańce. Mają wizje jak z amerykańskiego filmu: pracują, świetnie zarabiają, a jednocześnie mają fantastyczne relacje z rodziną i wszyscy się kochają jak na obrazku. A to trudne do osiągnięcia. Poszczególne cele jest czasem ciężko pogodzić, a frustracja często komplikuje związek i seks… No i jeszcze jedna istotna nowa grupa – to ludzie zanurzeni w świecie wirtualnym.

Z.L.-S.: O, to już jest w ogóle epidemia. Kiedyś nie było sieci, a pornografia to były świerszczyki na bazarze Różyckiego. Teraz ludzie się od Internetu uzależniają. Problemy wynikają ze zbyt rzadkich kontaktów z partnerką, bo standard wirtualny jest bardziej atrakcyjny. W sieci skupiasz się na sobie, w domu musisz się skupić na partnerce, na jej oczekiwaniach, wymaganiach. Albo – to też ciekawa rzecz, której kiedyś nie było – mamy romanse w sieci. Ale one nie muszą prowadzić do seksu. Chodzi o poświęcanie komuś czasu. Niby to tylko bratnia dusza, ale rozmowy trwają codziennie, często w nocy, no i co ma zrobić partner/partnerka, jeśli widzi, że z tamtą osobą jest silniejsza więź? I znowu mamy kryzys w związku, seks siada: zanika lub jest brutalny, na zasadzie odwetu zmienia się w karanie partnerki za to, że z kimś romansuje.

Ale biznesmen z lat 80. też romansował, wymieniał partnerki na świeżutkie, nowiutkie.

Z.L.-S.: Platynowe blondynki. Tak się o nich mówiło.

Teraz, mam wrażenie, biznesmeni mają stałe żony, tyle że nieustannie odmładzające się w gabinetach medycyny estetycznej.

Z.L.-S.: Obecnie jest troszkę inaczej. Wtedy była ekscytacja pieniądzem. Biznesmen żył trochę jak gangster: krótko, ale intensywnie. Dzisiejsi biznesmeni cenią dom, który dobrze funkcjonuje, do którego przyjeżdżają jak do oazy. Ale poza domem dają sobie ulgę, zapijają, a przy okazji szukają rozrywki na boku.

M.L.-S.: Dziesięć lat temu były imprezy integracyjne, picie na umór, imprezowanie, szybki seks i powrót do domu. Teraz te wyjazdy się zmieniły.

Łatwiej dziś być seksuologiem?

Z.L.-S.: Łatwiej. Lekarz, który chce być seksuologiem, składa kwalifikację, przechodzi dwuletnie szkolenie, po nim ma egzamin państwowy, i koniec.

M.L.-S.: Mamy jaśniejszą ścieżkę zawodową i większą możliwość weryfikacji, aczkolwiek pacjenci nie są często tego świadomi i nie wiedzą, jak sprawdzić, czy dany specjalista jest dla nich.

Z.L.-S.: Kiedyś zawód seksuologa wydawał się podejrzany, budził nieufność. Dziś jego ranga jest inna.

A sam pobyt w gabinecie? Przychodzi człowiek do seksuologa 30 lat temu i teraz…

M.L.-S.: Teraz jest większa konkurencja. Są pacjenci, którzy siadają w gabinecie i wizytę zaczynają od opowieści, ilu już specjalistów odwiedzili.

Z.L.-S.: Jak ja zaczynałem pracę jako seksuolog w Warszawie, było nas trzech, a w tej chwili jest ponad 50. Jest różnica?

Spora, ale wtedy chyba ludzie rzadziej przychodzili niż obecnie, bo wizyta u seksuologa była czymś wstydliwym.

Z.L.-S.: Mężczyzna, który ma zaburzenia erekcji, nie ukryje tego, wszystko jedno, czy to XVII czy XXI wiek. To kobieta może, jak zechce, udawać orgazm, ale on nie. Jak mężczyzna miał problem z potencją, musiał iść do specjalisty. I teraz panią zaskoczę: kiedyś było darmowe leczenie seksuologiczne. Na placu Trzech Krzyży, gdzie przyjmowałem, pojawiał się tłum kobiet z pobliskich biur. W czasie przerwy wychodziły po bułeczki i ustawiały się w kolejce po poradę seksuologa. Przychodziły porozmawiać o orgazmie, o tym, że mężowie ich nie rozumieją. Była masa kobiet, które chciały sobie po prostu o seksie pogadać. Teraz, jak trzeba za wizytę zapłacić, kobiety zastanawiają się, czy kupić bluzkę dla dziecka, czy iść do lekarza. Ale istnieje też grupa kobiet dobrze zarabiających, bizneswoman. Mają wszystko oprócz orgazmu. Wie pani, jaki to wstyd.

A dlaczego wstyd?

Z.L.-S.: Jest kobietą sukcesu, ma kwalifikacje, dobrze prosperującą firmę, mieszkanie, możliwość poszukiwania partnerów, a orgazmu nie ma. To ją ambicjonalnie deprymuje, więc idzie do specjalisty, żeby poprawić sobie wizerunek. Wtedy koszta nie grają roli.

Pamięta pan swoją pierwszą rozmowę o seksie z ojcem?

M.L.-S.: Nie, ten temat zawsze był otwarty. Jeśli u kogoś w domu był deficytowy, to pamiętają, jak ich rodzice np. pytali: „A jak się zabezpieczasz?”.

Z.L.-S.: Ta edukacja była rozciągnięta w czasie, ale na wszystkie pytania odpowiadałem. Mieliśmy też bogatą bibliotekę dla każdej grupy wiekowej.

Ja zaczynałam m.in. od pana książki „Seks partnerski”.

Z.L.-S.: Wchodzę rano do szpitala, tłum ludzi w poczekalni czeka na lekarzy. Jak widzę, że niektóre panie na mój widok mają rozanielony uśmiech, wiem, że to moje czytelniczki. Faceci natomiast mają kamienne twarze, bo nie lubią pouczania. Mężczyznom w tamtych czasach partnerki podsuwały prasę kobiecą z jakimś artykułem o seksie ze słowami: „poczytaj to”.

Kiedyś mieliśmy problem z językiem opisującym seks, narządy intymne. Teraz jest lepiej?

M.L.-S.: Niewiele. Warstwa językowa jest wciąż dość uboga, często nieadekwatna, bo albo mamy określenia wulgarne, albo dziecinne.

Z.L.-S.: Kiedyś była seria programów edukacyjnych „Wszystko, co byście chcieli wiedzieć o seksie”. Teraz edukacja seksualna nie istnieje, a w Internecie jest pornografia. To skąd ludzie mają czerpać wiedzę, słownictwo?

M.L.-S.: Wychodzi na to, że seks to ciągle śliski temat.

 

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz psychiatra, psychoterapeuta, seksuolog, autor wielu książek i artykułów, biegły sądowy. Konsultant krajowy ds. seksuologii.

Dr hab. Michał Lew-Starowicz dyrektor Centrum Terapii Lew-Starowicz, psychiatra, psychoterapeuta, seksuolog, współtwórca Szkoły Terapii Seksualnej.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »