Miłość jak narkotyk: Czy można uzależnić się od zakochiwania?

fot. iStock

W Internecie szukamy ubrań, butów, wymarzonych wakacji i… miłości. Ale czy w tym wypadku zbyt duży wybór rzeczywiście nam sprzyja? – Po kilku próbach mamy poważny kłopot, bo mogliśmy się uzależnić od zakochiwania się – twierdzi psycholożka Małgorzata Podlacha.

Kiedyś ludzie po prostu się zakochiwali. Czy teraz jest inaczej? Znam wiele pięknych, mądrych, niezależnych ekonomicznie kobiet w różnym wieku, wciąż poszukujących mężczyzn, z którymi stworzą dobry związek.

Zakochujemy się, ale w czasach Internetu nie na długo, trudno nam się zaangażować – to znaczy podjąć decyzję, że właśnie z tą osobą chcę być. Mamy świadomość, że to jeden z wielu możliwych wyborów. Łatwo przecież nawiązujemy kontakty dzięki portalom społecznościowym, randkowym itp. Możemy bez ograniczeń podróżować i rozglądać się za kimś do pary. Pula potencjalnych partnerów jest większa niż przed laty, a więc możemy szukać „idealnego” mężczyzny po całym świecie. Pytamy więc: Dlaczego właśnie ten mężczyzna czy ta kobieta? I to powoduje, że zakochanie zazwyczaj nie przeradza się w miłość. Z jednej strony mamy więcej możliwości, a z drugiej – coraz większe wątpliwości, czy aby na pewno mój wybór jest najlepszy. Widzimy przecież, że związki nie są trwałe, więc chcemy się asekurować, i to jest kolejne zagrożenie – myśl, by partnera wymienić, kiedy okaże się, że czegoś mu brakuje. A więc to, co miało pomóc, przeszkadza. Zwłaszcza że pod spodem tego przebierania, wybierania ukrywa się często lęk przed zranieniem, niepowodzeniem miłosnym.

Wydawać by się mogło, że większe możliwości pomagają nie popełnić błędu?

A jest odwrotnie – rodzą pokusę, by szukać ideału, czyli traktować decyzję o wyborze partnera życiowego jak decyzję o wyborze samochodu, którą podejmujemy, oceniając go na podstawie cech technicznych, pasujących lub nie do naszej listy oczekiwań. Jak wiele kobiet sama przeszłam etap trzymania się checklisty. I dopóki ją miałam, nie mogłam zaangażować się w żaden związek. Checklista nie ma sensu, bo nawet aplikacja zaprogramowana w oparciu o nią nie znajdzie nam idealnego partnera. Taka lista stanowi zaledwie wierzchołek góry lodowej, bo mamy nie tylko te oczekiwania, których jesteśmy świadomi, ale i ukryte. Te kształtują się w dzieciństwie i mogą być utrudnieniem w dorosłym życiu. Jeśli na przykład rodzice byli wobec siebie zimni i wycofani, jesteśmy przekonane, że okazywanie czułości nie jest pożądane, a tak naprawdę bardzo tego pragniemy.

Chyba nie wszyscy kierują się checklistą?! Czy zakochanie od pierwszego wejrzenia nie wystarczy, by planować wspólne życie, i to przymykając oczy na wady ukochanej osoby?

Zazwyczaj jest tak, że kiedy mija burza hormonów związana z zakochaniem, łuski opadają nam z oczu. Mija poczucie euforii i szczęścia, które wypełniało nas na samą myśl o ukochanym. Mija tęsknota i uniesienie w chwili spotkania, mija miłosna obsesja, gdy się nie widzimy. Kiedy jesteśmy zakochani, dobrze nam razem, i to nie dlatego, że udajemy. Jesteśmy inni: mężczyźni wówczas mają mniej testosteronu, a kobiety więcej. Oni są więc bardziej romantyczni, a my samodzielne. Wszystko po to, byśmy chcieli być blisko. Nie oznacza to jednak, że po fazie zakochania czeka nas klęska. Kiedy poziom hormonów towarzyszących zakochaniu (fenyloetyloaminy i dopaminy) maleje, przejmują kontrolę te, które dają poczucie bezpieczeństwa i bliskości (wazopresyna i oksytocyna). Hormony to jednak nie wszystko, trzeba czegoś więcej, by związek trwał i się rozwijał.

Trzeba miłości?

Właśnie. A miłość jak roślina wymaga odpowiednich warunków do wzrostu. Kiedy faza zakochania zbliża się ku końcowi, stajemy na progu. I dalej albo idziemy razem, albo osobno ruszamy poszukiwać niedoścignionego ideału. Kultura konsumpcyjna przyzwala nam na to, byśmy co pół roku – zawiedzeni aktualnym partnerem – mówili: „To jednak nie to”, i ruszali na poszukiwanie prawdziwej miłości. Po kilku takich próbach mamy jednak poważny kłopot, bo mogliśmy się uzależnić od zakochiwania się.

Uzależnić się od zakochiwania?

Tak, od hormonów, które w tym czasie trzymają nas na haju. Kiedy ich poziom spada, czujemy się jak narkomani na głodzie. Dlatego partner nas irytuje. Męczy. Nudzi. A więc rozglądamy się za – tak naprawdę – nowym zakochaniem, bo to uzależnia chemicznie. Szukamy kolejnej osoby, z którą relacja wywoła hormonalny bum. Nie umiemy przejść w spokojną fazę miłości. Rządzi nami zwyczajny schemat uzależnieniowy i to on niszczy rodzące się dopiero uczucie.

Zakochujemy się nałogowo i to przeszkadza nam znaleźć miłość, ale czy w miłości też szukamy czegoś innego niż nasze babcie?

Zmiana ról społecznych spowodowała, że nie szukamy tylko tego co poprzednie pokolenia, czyli więzi, która da poczucie bezpieczeństwa. Pożądany jest partner, z którym będziemy mogli się realizować, rozwijać. Mamy inne ambicje życiowe i sama miłość już nam nie wystarczy. Znaczenie ma też sprawa na pozór banalna – coraz mniej mamy czasu. Chcemy więc partnera „dwa w jednym”. Ma być dobrym mężem i ojcem, ale też towarzyszem, na przykład naszych wypraw rowerowych dookoła świata. Mamy więcej oczekiwań i to też rodzi wątpliwości, czy ta miłość je uniesie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »