Na ratunek miłości. Kochać mimo dzieci

fot.123rf

Nasze babcie mawiały, że dziecko ratuje małżeństwo. Dziś słyszymy, że mu zagraża, bo to mniej czasu, mniej wolności i ogromne koszty. Statystyki potwierdzają, że trudy macierzyństwa bywają zapowiedzią rozstania, a szczęśliwsze są pary bezdzietne.
Jak więc kochać na zawsze i tak samo mocno, gdy pojawi się w naszym domu ta lub ten trzeci? CZY TO NAPRAWDĘ GROŹNE DLA MIŁOŚCI, zamienić uczucie do drugiego człowieka w miłość do rodziny – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jesteś autorem bestselleru „Jak wychować szczęśliwe dzieci”, którego myśl przewodnią streściłabym w zdaniu: to mogą tylko szczęśliwi ludzie. Dla wielu jednak szczęście to za duże wyzwanie, gdy na ich barki spadają trudy rodzicielstwa…

…To trochę inaczej: by wychować szczęśliwe dzieci, trzeba być w miarę szczęśliwym rodzicem, czyli notorycznym nosicielem absurdalnego, wręcz zawstydzającego poczucia szczęścia mimo wszystko. A wracając do tematu, zadziwia mnie teza, że dzieci mogą przeszkadzać w miłości. Spodziewałbym się, że korzystnie wpłyną na więź rodziców. Choćby przez to, że poszerzają obszar wspólnych spraw, planów, wyzwań i problemów, czyli wspólnych doświadczeń. A to mocne spoiwo. Skoro jednak statystyki są takie, jak mówisz, to zastanówmy się, co za tym stoi. Narzuca się przypuszczenie, że coraz większa liczba ludzi ma dzieci, zanim zdąży dorosnąć do rodzicielstwa. Bez względu na to, czy zdecydowali się na dziecko, czy zostali rodzicami mimo woli, nie są w stanie unieść jego trudów. Bo też do tego potrzeba solidnego fundamentu, silnej uczuciowej, mentalnej i fizycznej więzi między kobietą a mężczyzną. Decydujmy się więc na dzieci, jeśli choć raz, patrząc z zachwytem na drugą połowę, pomyśleliśmy: chcę mieć z nim, z nią dziecko. Warto się też upewnić, czy nasza druga połowa doświadczyła podobnego rozbłysku w ciele, umyśle. Taka obopólna potrzeba dobrze wróży. Mamy więc odpowiedź na pytanie: Co robić, by związek przetrwał mimo dzieci? Decyzję o ich posiadaniu podejmować z potrzeby serca i brzucha, czyli świadomie, odpowiedzialnie i… radośnie.

Statystyczna Polka rodzi pierwsze dziecko dopiero około trzydziestki, a więc chyba już świadomie.

Dojrzałość nie zawsze jest związana z wiekiem. Wiele wskazuje też na to, że młodzi ludzie mentalnie dojrzewają dzisiaj później, szczególnie mężczyźni. Prawie 30 proc. z nich do trzydziestki mieszka z mamą, nie ma pracy albo bardzo mało zarabia. Brakuje im więc pieniędzy na to, by zacząć niezależne i odpowiedzialne życie. Z drugiej zaś strony – monotonne gromadzenie dóbr i pieniędzy przerywane wczasami all-inclusive i grillowaniem także nie sprzyja dojrzewaniu. Sprzyja mu gromadzenie, ale doświadczeń, podejmowanie ryzyka, kontakty (w realu!) z ludźmi w różnym wieku, offowe podróże, czytanie trudnych książek, obcowanie z tzw. wyższą kulturą, świadome, nierytualne uczestniczenie w wybranej formie życia duchowego. Dojrzałość wyraża się wówczas w poczuciu autonomii i w optymistycznej wierze w przyszłość i dlatego daje szansę graniczącą z pewnością, że bez względu na sytuację materialną rzucimy się z wiarą, nadzieją i determinacją w groźne, acz piękne odmęty rodzicielstwa. Skoro decyzję o zawarciu małżeństwa można uznać za szalony akt wiary – nie tyle w dobrą przyszłość, co w to, że damy sobie radę bez względu na to, jaka ta przyszłość się okaże – to decyzja o posiadaniu dzieci tym bardziej nim jest.

Aktem wiary w znaczeniu: dał Pan Bóg dzieci, da i na dzieci?!

Tak, lecz nie traktujemy tego dosłownie. Życie to w istocie egzamin dojrzałości. Ale taki, na który nie wniesiemy ściąg. Dlatego wystarczającym aktem wiary, by zostać odpowiedzialnymi rodzicami i szczęśliwymi partnerami, jest ugruntowane przekonanie, że w każdych okolicznościach damy radę, że jakoś, ale będzie. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co nas spotka, lecz wiemy, że w każdej chwili – naszymi decyzjami, wyborami, przekonaniami, myślami, uczuciami i działaniami – piszemy scenariusz przyszłości. Powiedzenie: Bóg dał dzieci, da i na dzieci, sprawdza się w tym, że pojawienie się dziecka mobilizuje rodziców do pracy na rzecz stworzenia bezpiecznego gniazda.

Co ukrywa się za rodzicielskim aktem wiary? Jakie potrzebne są predyspozycje, jaką pracę nad sobą mamy wykonać?

Przede wszystkim doświadczyć życiowej lekcji pokory. Niełatwo nam ją przyjąć, bo jest radykalnie kontrkulturowa. W megailuzji konsumpcyjnego szczęścia kluczową rolę odgrywa mit gwarantowanego, kontrolowanego życia, kariery i finansów. Współczesna mitologia każe nam wierzyć, że szczęście jest w zasięgu ręki, jeśli tylko się wystarczająco postaramy. Ale dojrzałość i mądrość to zgoda na to, że życie da się kontrolować tylko w niewielkim stopniu, że to równanie o ogromnej liczbie niewiadomych. Na co dzień wolimy o tym nie pamiętać, ale też najważniejsze życiowe decyzje podejmujemy jak ryzykanci. Zakochujemy się, zaczynamy razem żyć, mimo że nie wiemy, co się stanie ani z nami, ani z naszym partnerem. Pokora to wiedza, że ryzyko jest nieuniknione, i radosne życie mimo tej wiedzy. A nawet dzięki niej, bo ona uwalnia od obsesji kontroli i bezpieczeństwa. Z niej rodzi się wiara. Pokora, wolność i wiara pozwalają nam podejmować tak ryzykowne decyzje jak małżeństwo i rodzicielstwo. Przyszłym rodzicom doradzam więc nie skupiać się na budowaniu bezpieczeństwa i komfortu, lecz przyłożyć się do treningu zdolności pokornego i pogodnego przyjmowania nieuniknionych zmian i podążania za nimi.

A więc pokora, która jest niezbędna, by zostać szczęśliwymi rodzicami i małżonkami, to…

…rezygnacja z wielkościowych iluzji na własny temat, niekaranie siebie za to, że los sobie kpi z naszych planów. Mówienie: „Jak ja mogłem do tego dopuścić! Jak to się mogło stać!” – to przejawy pychy, cierpi z jej powodu niepotrzebnie wielu ludzi. Dojrzałość wyraża się w nieboksowaniu się z losem, może wyglądać jak granicząca z szaleństwem niedojrzałość w oczach tych, którzy są niewolnikami obsesyjnego planowania, kontroli i osiągania wyznaczonych celów za wszelką cenę. Życiowy egzamin dojrzałości zdają jednak ci, którzy zrozumieli, że podejmując decyzje i dokonując życiowych wyborów, w większości przypadków praktykują wiarę. Tańczą z losem, wiedząc, że to los ich w tym tańcu prowadzi.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »