Na ratunek miłości: Koła ratunkowe dla dwóch serc

fot.123rf

Czy można naprawić miłość tak jak naprawia się zepsute zapięcie w torebce? Czy potrzebny jest do tego specjalista kaletnik? Może wystarczy intuicja? Hm… i czy warto? – Zawsze warto próbować, tym bardziej że naprawiona miłość bywa prawdziwsza od tej prosto ze sklepu – twierdzi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.
Zasada kultury konsumpcyjnej to kupić nowe, a nie naprawiać stare. I pewnie dlatego jesteśmy przekonani, że jeśli miłość zaczyna zgrzytać, nic już nie da się zrobić. Reperowanie pary butów podobnie jak reperowanie pary ludzi wydaje się niewłaściwe. Często nawet nie zastanawiamy się, czy jest możliwe?

Znanych jest wiele naprawczych strategii, które możemy zastosować sami bez pomocy specjalisty albo tylko pod jego dyskretnym nadzorem. Czasem wystarczy samodzielna, intuicyjna praca. Jeśli okaże się skuteczna, to znaczy, że z tym dwojgiem ludzi, z ich więzią, nie było aż tak źle, jak na początku się wydawało. Często wykorzystywanym intuicyjnym, ale też zalecanym przez specjalistów pomysłem jest odosobnienie. Wymaga odcięcia od dzieci, rodziców, teściów, a nawet od przyjaciół, którzy biegną z dobrą radą albo bezkrytycznie słuchają narzekań na partnera. Kontakty z ludźmi w pierwszej fazie kryzysu nie sprzyjają rozwiązaniu problemu, jeszcze bardziej oddalają od siebie skłóconą parę. W tej fazie partnerzy nie szukają rozwiązania, ale sojuszników dla swoich jednostronnych wersji wydarzeń. Lepiej więc wyjechać na kilka dni i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać tylko ze sobą. Odosobnienie ma szansę przynieść skutek, gdy wybierzemy ciche miejsce, gdzie można tylko chodzić tam i z powrotem po plaży, po polach, po lesie. Przyroda bywa źródłem pojednawczych inspiracji. Jeśli jednak rozmawianie nie wychodzi, trzeba umówić się na dzień, dwa ciszy i komunikować się wyłącznie gestami i notkami.

Leczyć relacje milczeniem? Przecież my wciąż namawiamy do tego, by rozmawiać.

Do ciszy trzeba i warto się odwołać, kiedy nie da się rozmawiać. Jakże łatwo w tzw. spontanicznej rozmowie używamy zużytych kalek myśli, słów i narracji. Bezrefleksyjnie wchodzimy w jakąś nawykową rolę i sklejamy się z nią. Milczenie pomaga wymknąć się dyktatowi nawyku, poczuć głębiej, odważniej otworzyć się na intuicję, zobaczyć swój udział w kryzysie, znaleźć właściwe słowa, a przynajmniej uniknąć wypowiadania głupot, których potem nie sposób cofnąć. Zaplanowane i uzgodnione dni milczenia to okazja do ćwiczenia się w uważności i wrażliwości na sygnały niewerbalne i na mowę ciała partnera, a także na to, co mówi nasze ciało. Cisza uczy wrażliwości na potrzeby i granice zarówno partnera, jak i swoje. Wszystko to może być głęboko uzdrawiające dla związku. To nie oznacza, że w czasie odosobnienia powinniśmy być ciągle razem – siedzieć partnerowi na głowie, gdy czujemy, że on tego nie chce. Okresy samotności też dobrze robią. Najważniejsze, byśmy tam byli tylko we dwoje i nie komunikowali się przez ten czas ze światem zewnętrznym – byśmy poczuli się jak dwoje rozbitków na bezludnej wyspie.

Niełatwo zdobyć się na takie odosobnienie, mieć odwagę wyłączyć telefon i nie odbierać mejli.

Jeśli mamy determinację, żeby ratować związek, chcemy zrozumieć, co się stało, to zdołamy przez kilka dni istnieć bez kontaktu ze światem. Taki krótki odwyk od gadżetów przyda się nam i nauczy zwracać więcej uwagi na tych, którzy są blisko, bezpośrednio i zmysłowo obecni. Inna skuteczna metoda, która nie wymaga wyjazdu, lecz tylko nieco dyscypliny i dobrej woli, to karteczki. Mówiliśmy już o niej w rozmowie o zmianie. Więc teraz krótko przypomnę: każdego dnia, najlepiej przed snem, przekazujemy partnerowi trzy napisane na kartce zdania, jedno zaczyna się od słowa „przepraszam”, drugie – od „dziękuję”, trzecie – od „proszę”. Zdania mają dotyczyć konkretnych wydarzeń dnia, który minął. Na przykład: „Dziękuje ci, że pomogłeś mi znaleźć kluczyki”. „Przepraszam, że nie odbierałem telefonu”. „Proszę, nie poprawiaj mnie, gdy mówię włanczać, zamiast włączać”. Karteczki kładziemy w umówionym miejscu (np. wkładamy pod poduszki) i nie rozmawiamy o nich. Nie wolno czytać karteczki partnera przed napisaniem własnej. Jeśli potraktujemy sprawę poważnie, to kapitalnie poprawimy komunikację w związku i wydobędziemy go z piekła wzajemnych oskarżeń. Bo „przepraszam” świadczy o tym, że umiemy dostrzec własne zaniedbania. „Proszę” sygnalizuje to, z czym nam trudno w zachowaniu partnera. A „dziękuję” mówi o wdzięczności, a to uczucie, które ma największą moc leczenia zranionych i zagubionych serc.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »