Na ratunek miłości: Mono czy poli? Ty decydujesz

Są pary, które nie uznają zakazu wierności i żyją choćby w poliamorii. Czy to może mieć jakiś sens w perspektywie budowania wiecznej i szczęśliwej miłości?

Nie ma prostej odpowiedzi. To zależy od tego, w jakim stanie ducha i umysłu znajdują się osoby dokonujące takiego wyboru. Czy są w trwałym i dobrym związku, czy są seksoholikami poszukującymi nowych sposobów realizowania swego uzależnienia lub kimś, kto rozpaczliwie szuka zaspokojenia potrzeby seksu i bliskości. Poliamoria może być ucieczką przed dojrzewaniem, ale i wyrazem dojrzałości i odwagi w eksplorowaniu międzyludzkich miłosnych relacji. Od tysiącleci istnieje przecież duchowa praktyka tantry, która używa dynamiki miłosnych i seksualnych związków jako wehikułu wewnętrznego dojrzewania i rozwoju. Jednym z największych wyzwań tej praktyki jest przekroczenie potrzeby zawłaszczania osoby wybranej jako obiekt naszej miłości. Obudzenie w sobie zdolności do dzielenia się ukochaną osobą. Takie doświadczenie ma wzmacniać, a nie osłabiać pierwotny związek. Nie łatwo to sobie wyobrazić, a co dopiero zrobić. Jest to trudna praktyka, której fundamentem musi być prawdziwy, głęboki związek, niekwestionowana zgoda wszystkich zainteresowanych i wsparcie środowiska, które rozumie, w jak trudną podróż ludzie się wybierają. Najbezpieczniej jest, gdy takie środowisko korzysta z duchowego przewodnictwa nauczyciela tantry.

Nie wiem jak w wypadku tantry, ale w zwyczajnym życiu, kiedy on lub ona proponuje swingowanie itp., często słyszy: „tak”. Ta druga połowa zgadza się, bo kocha, bo się boi porzucenia. Uczciwiej byłoby, gdyby złakniony eksperymentów odszedł i żył sam, jeśli bez poliamorii nie może, a czuje, że jego obecny partner godzi się wbrew sobie.

To prawda. Często tolerujemy to, co nas rani czy obraża, z powodów, którymi nie ma co się chwalić. Ci, którzy nie byli serdecznie kochani – zwłaszcza gdy nie czuli się serdecznie kochani przez rodzica płci przeciwnej – nieświadomie poszukują partnerów niezdolnych do zaangażowania serca. W dodatku wykazują ogromną wytrzymałość w związkach, w których są zdradzani i krzywdzeni. Mają w głębi serca zapisane przekonanie, że na nic lepszego nie zasługują: „Skoro nawet rodzice źle mnie traktowali, to czego mogę się spodziewać po obcym człowieku?”. Na przykład: mężczyzna, który bezradnie toleruje zdrady żony, prawdopodobnie był pierwszy raz zdradzony emocjonalnie przez matkę. W głębi serca jest przekonany, że niczego więcej nie znajdzie. I nawet gdy przypadkiem trafi na szczerze kochającą i troskliwą partnerkę, nieświadomie, acz skutecznie, zniechęci ją do bycia z nim. Na domiar złego pozostanie w przekonaniu, że to on został odepchnięty i porzucony. Ten sam mechanizm może decydować o pozornej zgodzie jednego z partnerów na poliamorię. Taka zgoda z czasem nieuchronnie rozsadzi związek, a partner, który przejawił niekonwencjonalną inicjatywę, usłyszy: „Zmusiłeś mnie, szantażowałeś, zmanipulowałeś!”. Warto wtedy pamiętać, że w związkach między dorosłymi obowiązują twarde zasady: samodzielnie decydujemy o tym, z kim i jak żyjemy. Dlatego przed związkiem, w związku i po związku dobrze jest dbać o to, by rozwiązywać własne problemy, rozwijać wiedzę o sobie, dojrzewać i brać za siebie i swoje życie pełną odpowiedzialność.

Za wszystko? Również za to, że ktoś nas zdradził i porzucił?

Tak. Ale to nie znaczy, że zdradzająca i odchodząca osoba nie bierze odpowiedzialności. Bierze swoją. Każdy musi ją brać, nie zwalać winy na innych, bo to blokuje rozwój. Każde życie jest procesem zmierzającym do pełnej psychologicznej oraz duchowej dojrzałości i autonomii. Każdy związek jest elementem tego procesu. Podejmujemy różne decyzje, popełniamy błędy, staramy się, praktykujemy cnoty i nie wiemy, co by było, gdybyśmy postąpili inaczej. Nikt nie uniknie błędów i cierpienia. Jeśli mamy poczucie, że zwolna i w znoju uczymy się kochać innych i świat, to jest wystarczająca wskazówka, że podążamy w dobrym kierunku.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »