Czy boisz się kochać?

fot.123rf

Miłość wymaga zaufania, wyjścia
z warownej fortecy. Nie obędzie się
bez niepokoju, ale i bez nagrody.
Z Jarosławem Józefowiczem
o lęku w związku – rozmawia Aleksandra Nowakowska

– Czy miłość to ryzyko?

– Zawsze. Obdarzenie kogoś głębokim uczuciem wymaga odpuszczenia kontroli, porzucenia – chociaż odrobinę – strefy bezpieczeństwa indywidualnego, by skupić się na budowaniu bezpieczeństwa wspólnego. Bo choć hasła rozwojowe głoszą: „Otwórz się. Bądź prawdziwy”, to rzadko kto umie zastosować je w życiu. Miłość miesza się z lękiem – na różnych poziomach, warstwach, etapach. Wciąż próbujemy ten ogień z wodą pogodzić, oswoić. Być blisko, a jednocześnie jakiejś części siebie nie dać, zostawić wyjście awaryjne.

– Dobrze chyba wiedzieć, czego naprawdę się boimy.

– Miłość prowadzi do mierzenia się z własnymi lękami – ich źródła są zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz nas. Te pierwsze mogą przejawiać się w tym, że partner czy partnerka wykazują postawę, którą postrzegamy jako w jakiś sposób niebezpieczną. Na przykład kogoś pociąga kobieta, która bywa nie do końca uczciwa w interesach, ktoś inny zakochuje się np. w hazardzistce. Chcą się zaangażować w relację, a jednocześnie odczuwają lęk. Pod postacią niepokoju odzywa się wewnętrzna mądrość. Może warto posłuchać jej głosu? W relacjach bardzo często odbieramy sygnały nie do końca świadomie – na poziomie skojarzeń, interpretacji ruchów, intonacji, zapachu, sytuacji.

– A wewnętrzne lęki, które przeżywamy z powodu miłości?

– Pozwolenie sobie na doznawanie głębszych uczuć konfrontuje nas z lękami, które mogą płynąć z najróżniejszych poziomów. Pierwszy, bardzo podstawowy, nieomal biologiczny, wiąże się z poczuciem bezpieczeństwa. Lęk to zamknięcie, w skrajnych przypadkach – forteca najeżona działami. Gdy stawiamy jej mury, czujemy się bezpiecznie, ale nie przeżywamy uczuć.

– Kontrolujemy się, bo decydując się na miłość, ryzykujemy odrzucenie, cierpienie, poniżenie…

– Czyli wchodzimy na grunt indywidualnych doświadczeń, które wracają do nas, kiedy angażujemy się w związek. Pochodzą one z naszej historii rodzinnej, także poprzednich relacji. Trudne przeżycia dotyczące emocji i bliskości to deficyty. Nieraz tak wielkie, że mają charakter psychologicznych kompleksów. W tym wymiarze funkcjonują one trochę jak magnes, który przyciąga wciąż podobne doświadczenia. Niestety, negatywne.

– Na przykład?

– Mężczyzna mógł w domu nie doświadczyć bliskości fizycznej – przytulania, całowania, wyrażania uczuć przez gest. Później w taki sposób zachowuje się w związku i partnerka ocenia go jako oschłego. Im bardziej ona nalega, by okazywał czułość, tym bardziej on, broniąc się, staje się szorstki. Inny mężczyzna może w związku powielać znaną z domu, środowiska czy kultury męską dominację, więc będzie się idealnie uzupełniał z partnerką, która daje się rozstawiać po kątach.

To są deficyty, które sprawiają, że sposób przeżywania relacji niewiele ma wspólnego z prawdziwym zbliżeniem się do siebie. Takim relacjom towarzyszy nieraz ogrom emocji, jednak w ich obrębie partnerzy nie wychodzą z określonych, splecionych ze sobą ról.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »