Japoński syndrom

Podobno Japonki masowo chcą się rozwodzić, gdy mąż przechodzi na emeryturę. Polki pragnienie rozwodu nachodzi nieco wcześniej, ale powód mają podobny. Dlaczego przez resztę życia mam obsługiwać faceta, z którym już nic mnie nie łączy?
Niedawno przyszła do mnie atrakcyjna 50-latka, która wyznała, że marzy o rozwodzie. Samej będzie jej trudno się utrzymać, ale woli żyć w biedzie niż z mężem. Co takiego wydarzyło się po 30 wspólnie przeżytych latach? Właściwie nic, tyle że dzieci dorosły, jeden syn ma już swoją rodzinę, drugi wkrótce się wyprowadzi. Syndrom pustego gniazda, pomyślałam. Moment, w którym kobieta przestaje czuć się potrzebna. Albo raczej czas na odkrywanie swoich pasji, rozwój zainteresowań, poszukiwanie nowego sensu życia. Ale kobieta, która do mnie przyszła, realizuje się zawodowo, kocha swoją pracę, ma przyjaciół. Czy już wcześniej myślała pani o rozwodzie? – pytam, bo może tylko czekała, aż dzieci dorosną, żeby w końcu rozstać się z mężem. Nie. Dopóki dzieci wymagały współpracy rodziców, nie zwracała uwagi na to, że coś nie gra. On więcej zarabiał, ona też pracowała zawodowo i zajmowała się domem. Srebrne gody obchodziła z poczuciem, że są dobrym małżeństwem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że nie jest w tym związku szczęśliwa. „Czemu do końca życia miałabym obsługiwać faceta, którego nawet nie lubię? Chcę w końcu być sobą, a nie żoną na jego usługach”.

Właściwie od początku nie było tak, jakby chciała. Automatycznie dostosowywała się do oczekiwań męża, dbała o to, by był zadowolony, wiedziała o jego zdradach, ale dla dobra rodziny przymykała oczy. Dopiero teraz poczuła, że chce odejść. Ależ był zdziwiony! „O co ci chodzi? Przez 30 lat było dobrze, a teraz ci nie pasuje? Wiedziałaś, jaki jestem, nic się nie zmieniło”. Ma rację, wiedziała. Godziła się z tym, gdy dzieci amortyzowały ich wzajemne kontakty. Była żoną i matką, rodzina jest najważniejsza. Teraz jest gotowa na wszystko. Na to, by zostać singielką tuż przed emeryturą.

Żeby tylko ona! W ostatnich miesiącach spotkałam cztery kobiety, które po pięćdziesiątce odkryły, że mąż to obcy facet, do którego wciąż muszą się dostosowywać. W którego obecności się duszą. Zwykle krytyczny, złośliwie komentuje ich nowe pasje, studia, kursy. Sam nie robi herbaty, nie pierze, nie sprząta. On żyje jak w bajce, bo one wciąż nakrywają stoliczek. I nagle czują, że chcą uciec. Mąż jest zdziwiony, czuje się zraniony, nie rozumie. Trochę jak w znanym dowcipie. Sędzia pyta: Dlaczego chce się pani rozwieść po 50 latach wspólnego życia? Żona mówi: Nie mogę znieść tego, jak on siorbie zupę. Mąż na to: Kobieto, czemu mi o tym nigdy nie powiedziałaś?

Niby mówimy, narzekamy, prosimy, ale nic nie zmieniamy, bo czekamy, aż on się zmieni. Jedna z czterech wspomnianych kobiet przez lata utrzymywała męża, który szukał pracy. Bezskutecznie. W końcu przestał szukać, a ona dalej go utrzymywała, tracąc do niego szacunek z tego i innych powodów. A teraz chce się rozwieść. W gruncie rzeczy bez uprzedzenia. Owszem, czasem narzekała, mobilizowała go, czasem z niego drwiła i to wszystko. Zwykłe małżeńskie niesnaski, bez których trudno wyobrazić sobie życie. Co innego Japonki. One nie skarżą się, nie narzekają, ponieważ tak zostały wychowane. Zresztą komu miałyby się skarżyć, skoro męża nigdy nie ma w domu? Przecież on utrzymuje rodzinę, jest w pełni oddany swojej firmie. Kobieta rodzi i wychowuje dzieci. Na początku małżeństwa czuje się samotna, ale potem się przyzwyczaja, organizuje sobie życie po swojemu. A kiedy on przechodzi na emeryturę, ona wpada w panikę. No bo nagle obcy facet w domu. Dzieci dorosły, nic już ich nie łączy. Chciałaby się rozwieść, ale z czego będzie żyła? Stres przeżywany przez Japonki, depresje, objawy psychosomatyczne doktor Nobuo Kurokawa nazwał „syndromem męża emeryta”. A ci mężowie emeryci nie wiedzą nawet, że coś jest nie tak, bo żony im o tym nie mówią. Problem milczących Japonek wydaje się egzotyczny. W Polsce wiadomo, że kobieta wylewa wszystkie swoje żale i pretensje, zrzędzi, narzeka, aż postawi na swoim. Przynajmniej w stereotypach. Ale w życiu bywa inaczej. Chętnie mówimy o związkach partnerskich, lecz wiele kobiet wciąż jest przekonanych, że to na nich spoczywa ciężar dbania o atmosferę w domu. Przecież mężczyzna jest tak skonstruowany, że nie stworzy domowego ciepła. Mężczyzna w świecie emocji jest jak słoń w składzie porcelany. Mężczyzna nie lubi bliskości. Jest z natury dziki i narowisty. To Marsjanin, z którym trzeba obchodzić się jak z jajkiem. Spełniać jego oczekiwania, nawet te, o których on nie ma pojęcia. Bo to my, kobiety, wiemy lepiej, czego potrzeba mężczyźnie. Oczywiście żony idealnej. Tolerancyjnej, bezkonfliktowej, tradycyjnej w kuchni i nowoczesnej w łóżku. Bo najważniejsze, żeby mąż był zadowolony. A żona? Żona wie, że miłość wymaga poświęceń. A już na pewno drobnych ustępstw, na które ona chętnie przystaje na rzecz wspólnego szczęścia. No bo dom, praca, dzieci, nie ma czasu zadbać o swoje. Ale dzieci w końcu dorastają, a ona zaczyna się dusić. Nic dziwnego, że chce się rozwieść. Ale czy nie lepiej spróbować najpierw zbudować związek, w którym jest miejsce dla obojga partnerów?

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »