Konwenanse w relacjach damsko-męskich – kto płaci rachunek?

Kobiety wolą, gdy mężczyzna pierwszy zaprasza na randkę. Tylko 0,2 proc. pań stwierdziło, że pierwszy ruch powinien należeć do kobiet. Podobnie uważają mężczyźni: tylko 3 proc. z nich wolałoby, aby to kobieta zaproponowała spotkanie.
Jak wynika z badań przeprowadzonych przez BBC Entertainment we współpracy z internetowym serwisem randkowym eDarling.pl 50 proc. kobiet uważa, że jeśli randka była udana, to inicjatywa umówienia się na kolejną należy do mężczyzny. Niecały 1 proc. pań jest zdania, że to one powinny wykonać następny ruch. Tymczasem większość mężczyzn (60 proc.) przyznała, że nie jest ważne, kto zaproponuje kolejne spotkanie. Tylko 31 proc. z nich uznało, że to oni powinni wyjść z taką inicjatywą.

75 proc. mężczyzn stwierdziło, że to do nich należy zapłacenie rachunku, podczas gdy wśród ankietowanych kobiet kwestia ta nie była aż tak jednoznaczna. Głosy podzieliły się niemal równo: każdy powinien zapłacić za siebie (33 proc.), zależy od sytuacji (31 proc.), to mężczyzna powinien zapłacić (36 proc.).

Badanie objęło ponad 1000 Polek i Polaków w wieku od 18 do 40 lat.

Czy te utarte konwenanse przeszkadzają nam w życiu? Na ile podlegają dyskusji w dobie emancypacji? I jak nawiązywać relacje z nowo poznaną osobą bez zastosowania konwenansów?

Zdaniem psycholog Doroty Krzywickiej nie należy mylić nowoczesności czy wyemancypowania z brakiem zasad, dobrego wychowania czy nieznajomością reguł społecznych. Trzymanie się konwenansu wcale nie musi oznaczać sztywności poglądów, niereformowalności, staroświeckości. Ono tylko ułatwia codzienne życie, a szczególnie pierwsze kontakty. Bezpieczniej zacząć wspólną podróż w nieznaną krainę od utartego szlaku, a dopiero z czasem wydeptywać własne ścieżki, czyli tworzyć swoje prywatne reguły, kody, schematy i rytuały… taki nasz własny, prywatny, malutki konwenans.

„Lekkie” porady Doroty Krzywickiej

Kto zaprasza na randkę?

Tradycja wymaga, by z inicjatywą wystąpił mężczyzna i wcale nie oznacza to, że on ma większą moc – a na to, jako wyemancypowane kobiety, nie możemy się zgadzać. Skoro nas zaprasza, to już oznacza, że „moc jest z nami!”, bo nie zaprosiłby kobiety, która nie wywarła na nim wrażenia. Bycie zapraszaną daje nam pełen luz wyboru: możemy się zgodzić, możemy odmówić – zgodnie z konwenansem odmowa ma mieć taką formę, by jak najmniej bolała. Wystarczy, że mężczyzna dostaje kosza, nie musi jeszcze dostać koszem w łeb słysząc: „Chyba zwariowałeś?!” albo „Spadaj, buraku!”. Bywają jednak mężczyźni, którzy z różnych powodów nie zdobędą się na wyartykułowanie zaproszenia, choć widzimy, że są nami żywo zainteresowani. Może to ci, którzy parę razy oberwali koszem? A może z natury nieśmiali? Wystąpienie z otwartym zaproszeniem ze strony kobiety nie jest dobrym pomysłem, może nieśmiałka spłoszyć jeszcze bardziej. Strategia delikatnego ośmielania i zachęcania jest dużo lepsza niż otwarte przejęcie inicjatywy. Rzucone mimochodem: „W (tu nazwa knajpki), mają taki sernik jak ten, który piekła moja babcia, jem go, ile razy jestem w okolicy, spróbuj kiedyś”, albo: „Lubię angielskie piwo beczki, ale głupio się czuję, wchodząc sama do pubu.” czy jakikolwiek inny tekst pokazujący, że gdzieś byśmy się wybrały, to nawet dla największego strachajły koło ratunkowe – nic nie musi już wymyślać, może po prostu pójść wskazanym tropem. Jeśli nie łapie ani aluzji sernikowej, ani piwnej, ani żadnej innej, to znaczy, że nie ma najmniejszej ochoty na randkę, albo jest tak kompletnie niekumaty (choć niebywale przystojny), że to my przestajemy mieć ochotę na randkę z nim. I co? I same, dla naszej korzyści, wychodzimy z sytuacji z twarzą, bo przecież wcale go nie zapraszałyśmy, nie naraziłyśmy się na odmowę (która zawsze boli), zbadałyśmy po prostu delikatnie grunt i już wiemy, że nie ma co zawracać sobie głowy akurat tym facetem.

Kto płaci rachunek?

Randka to specyficzna forma towarzyskiego kontaktu, niezwykle emocjonująca, napawająca obawą „Jak wypadnę?”, co będzie się działo? Szczególnie w takich sytuacjach konwenans jest przydatny, bo, działając według określonych zasad, nie narażamy się na przykre niespodzianki. To jak wyprawa do amazońskiej dżungli – nikt rozsądny nie wybierze się na nią bez przewodnika, mapy i kompasu. Konwenans to nasza mapa na pierwszej randce, nic nie stracimy, trzymając się przyjętych od dawna, sprawdzonych obyczajów. A przy tym nie musimy połowy energii tracić na zastanawianie: ”co zrobić?”, możemy ją całą poświęcić na flirt, czarowanie, wzajemne poznawanie, czyli na to czemu randka służy. Tak więc idziemy oznakowanym szlakiem, prowadzi nas tradycja – mężczyzna proponuje spotkanie, zaprasza i jako zapraszający płaci. Jeśli zaprosił kobietę która, tak jak on, ma klasę, to rachunek nie będzie oszałamiający, bo ona nie zamówi homara i szampana, tylko kawę i ciastko (o ile się akurat nie odchudza). Przy tak pozornie błahej sprawie jak rachunek oboje uzyskują na swój temat pokaźny pakiet informacji: ona – że facet nie jest skąpiradło, zna zasady (nie szkodzi, że staroświeckie), traktuje ją jak damę, a on – że zaprosił rzeczywiście damę, a nie trzpiotkę-naciągaczkę (w przypadku zamówienia homara) albo wojującą feministkę (w przypadku natarczywego wydzierania mu z ręki rachunku). Wszelkie nasze pomysły dotyczące płacenia kolejnych rachunków zgłaszamy po tym pierwszym doświadczeniu. Każdy wariant jest dopuszczalny – płacimy po połowie, następnym razem płacę ja, płaci ten kto akurat ma kasę, to wszystko jest do uzgodnienia… o ile obie strony mają ochotę na drugą randkę.

Czy będzie druga randka?

To zależy przede wszystkim od tego, czy poczujemy braterstwo dusz czy nie. Nic po zniewalającej urodzie i markowych ciuchach, jeśli zgrzyta nam w uszach to, co obiekt naszego zainteresowania mówi, oczy nas bolą od patrzenia na brak manier, a w mózgu przepalają się synapsy, bo mimo starań nie możemy złapać wspólnego tematu. Pierwsza nieudana randka tylko najbardziej tolerancyjnych ludzi skłoni do dania drugiej szansy. Czasem jednak warto ją dać, bo zdarza się, że onieśmielenie pierwszym spotkaniem blokuje naszego rozmówcę, więc małomówność jest przejściowa. Bywa, że jest on z natury osobą powoli oswajającą się z nową sytuacją i rozkręca się z czasem. My też możemy należeć do tej trudno dającej się poznać grupy, więc skoro chciałybyśmy mieć więcej czasu na zaprezentowanie siebie, to sprawiedliwie dajmy go też innym. I wtedy – znów w niezobowiązującej formie – kobieta jak najbardziej może zasugerować, że powtórka spotkania będzie mile widziana. Odpadają teksty w stylu: „To kiedy się widzimy?” albo „No to widzimy się w przyszły czwartek” – nie narażajmy się na kosza i nie straszmy mężczyzny zaborczością! Jeśli mężczyzna usłyszy komplement: „Świetnie się bawiłam”, „Fajnie się z tobą rozmawia”, to bez oporu zaproponuje kolejne spotkanie. Tym strrrasznie nieśmiałym można zaproponować spotkanie nieco bardziej wprost np.: „Skoro smakował ci sernik, to jeszcze pokażę ci, gdzie dają świetną szarlotkę”. Zainteresowany nami chętnie na to przystanie (choćby nie cierpiał szarlotki!). Zdecydowanie za to nie dajemy drugiej szansy komuś, kto nam kompletnie nie przypadł do gustu, zraził swym zachowaniem lub poglądami – na drugiej randce nic się nie zmieni, bo głupota lub chamstwo to nie katar, nie przechodzą po tygodniu. Ale konwenans w takiej sytuacji też powinien powściągnąć nasz język, kończymy znajomość elegancko. Dopuszczalne są tu wszelkie „białe kłamstwa” (czyli te, które obu stronom pozwalają zachować dobre samopoczucie i twarz): „Przez najbliższe pół roku mam zero czasu bo… przygotowuję się do egzaminów; pracuję podwójnie, bo koleżanka na macierzyńskim; babcia wymaga stałej opieki itp.”. Dopiero gdy widzimy, że facet kompletnie nie łapie i rozochocony wpisuje nas w swój grafik na stałe, możemy wprost powiedzieć to, przed powiedzeniem czego powstrzymywałyśmy się od połowy spotkania i wtedy jak najbardziej pożądany będzie zwrot kosztu wypitej kawy i zjedzonego ciastka. Ustrzeże nas to przed prostackim tekstem: ”A ja się na ciebie wykosztowałem, więc masz wobec mnie zobowiązania”.