Mężczyzna specjalnej troski

Gdy w rodzinie pojawia się problem, kobieta zwykle próbuje go rozwiązać – czyta poradniki, chodzi do psychologa, rozpoczyna terapię… A mężczyzna? Trochę się niepokoi, ale nie zamierza korzystać z pomocy.

Niedawno w serialu „W-11” usłyszałam następujący dialog:

– Wiktor od jakiegoś czasu zachowywał się bardzo dziwnie.

– Rodzice konsultowali się z psychiatrą?

– Nie. Ojciec nie wierzy w psychiatrów.

Ha! Nic nowego! Gdy pytam nieszczęśliwą w małżeństwie kobietę, czy mąż nie przyszedłby z nią razem na następne spotkanie, często słyszę:

– Nie. On nie wierzy w psychologów.

Jakby to była kwestia wiary! Psycholog to nie Bóg i nie trzeba w niego wierzyć. Wystarczy sprawdzić, czy spotkanie z nim coś zmienia. Ale po co? Lepiej trwać w tym, co jest, i udawać, że nie ma problemu. Niech inni się martwią.

Tysiące poradników psychologicznych radzi kobietom, jak obchodzić się z mężczyznami. Wystarczy spojrzeć na tytuły: „Jak żyć z trudnym mężczyzną?”, „Gdyby mężczyźni umieli mówić”, „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?”, „Jak mam do ciebie dotrzeć?”. Na okładce książki „Mężczyzna pozwala kochać” czytamy: „(…) niekomunikatywność mężczyzny w stosunkach z kobietą, jego bezsilność i z drugiej strony siła terapeutyczna kobiety – oto tematy tej interesującej książki, która przez dwa lata utrzymywała się na liście bestsellerów w Niemczech i osiągnęła nakład ponad pół miliona egzemplarzy”. Jestem pewna, że te pół miliona kupiły kobiety, by być terapeutkami swoich mężczyzn. Teraz kupują Polki. Uczą się, jak do niego dotrzeć, jak sprawić, by zaczął mówić, by włączył się choć w życie rodzinne. Dlaczego? Bo dobrze wiedzą, że on jest z Marsa i wymaga specjalnego traktowania. Ale skoro spotkaliśmy się na Ziemi, to może warto, by i oni włożyli trochę wysiłku w to, żeby się dogadać? Niestety, nie chcą. Nie widzą sensu. Nie wierzą. A najgorsze, że nawet nie widzą problemu.

Alkoholicy twierdzą, że kontrolują picie. „A potrafi pan poprzestać na jednej butelce piwa?. „No, gdybym chciał” – odpowiada. Tak się jednak składa, że zwykle chce dopiero po czterech albo pięciu. Impotenci widzą przyczynę zaburzeń w zmęczeniu lub depresji, więc nie ma o czym mówić. Jak żona nie będzie ich stresować jakąś terapią, to szybciej dojdą do siebie. Domowi tyrani, jeżeli widzą problem, to tylko w tym, że żona nie dość się stara. Jasne, że nie dotyczy to wszystkich mężczyzn. Ale dla wielu przyznanie się do problemów oznacza ujawnienie własnej słabości. A tego mężczyzna nie lubi. Szukać pomocy? Za nic! Macho sam sobie radzi w każdej sytuacji.
Jeśli zjawia się u psychoterapeuty, to zwykle znaczy, że rozwaliło mu się już wszystko. Żona złożyła pozew o rozwód, znów wyrzucili go z pracy, syn ćpa i nie chce z nim gadać…

Niedawno zjawił się u mnie mężczyzna z żoną i dorosłą już córką. Dlaczego przyszedł? Bo córka ma problemy i jego obecność tutaj podobno może jej pomóc. On sam żadnych problemów nie ma. Co prawda pije, ale nie jest alkoholikiem. Z żoną właściwie nie ma kontaktu – odkąd ją zdradził kilka lat temu, przestali rozmawiać. Dla córki chyba nigdy nie był ważny, bo ta ze wszystkim idzie do matki. Ale on nie chce nic zmieniać. Jest mu dobrze. Wraca do domu kiedy chce, tu czeka na niego obiad, wyprasowane koszule… Może tak przeżyć resztę życia. I ja mu wierzę.

Znam wiele małżeństw, których życie przypomina piekło. Rozliczanie się co do złotówki albo osobne półki w lodówce. Telewizor w pokoju, do którego tylko on ma klucz. Pobudki o piątej rano, bo dzieci i żona nie powinny się lenić, skoro on już wstaje do pracy. Żona jest nieszczęśliwa, dzieci też. A on? On uważa, że tak jest dobrze.

Rozumiem, że męskie problemy mają swoje uwarunkowania. Że stoi za nimi jakiś dramat z dzieciństwa, zranienie, ból. Współczuję mężczyznom, którzy nie potrafią uporać się ze sobą. Ale mój protest się budzi, gdy używają innych, żeby redukować własne cierpienie. Gdy zamiast się z nim skonfrontować, wolą marnować życie – nie tylko swoje, lecz także swoich bliskich.

Jeśli kobieta jest nieszczęśliwa w małżeństwie, zwykle dzwoni do terapeuty. Nie dlatego, że pochodzi z Wenus, ale właśnie dlatego, że jest nieszczęśliwa. Mężczyzna rzadko czuje się nieszczęśliwy w związku. „Większość dzisiejszych mężczyzn przyuczanych do stoicyzmu nie oczekuje po małżeństwie więcej niż ich ojcowie. Natomiast duch zmian ogarnął pokolenie kobiet. Okazuje się, że wiele kobiet wychowywanych na poświęcające się dla innych mediatorki rewiduje zasady swego wychowania i żąda więcej i od siebie, i od związków” – pisze Terrence Real w swojej książce „Jak mam do ciebie dotrzeć?”. I to prawda. Kobiety rewidują swoje poglądy, rozwijają się, zmieniają, chcą żyć w dobrych związkach, a nie w spółkach małżeńskich polegających na wymianie usług. Mężczyźni chcieliby, żeby ich partnerki były szczęśliwe i martwią się, że nie są, lecz nie wiedzą, co z tym zrobić – twierdzi Real. Może to prawda. Kłopot jednak w tym, że nawet nie próbują się dowiedzieć.

„Z historycznego punktu widzenia logistyczny i psychiczny udział kobiety w życiu rodzinnym zawsze był obowiązkowy, natomiast udział mężczyzn był dobrowolny. To nie krytyka, lecz stwierdzenie faktu. Kobieta, która chce, żeby jej partner coś zrobił, musi go prosić, namawiać lub mu grozić, wpaść w złość lub go zawstydzić, uzasadniać prośbę” – pisała Virginia Goldner w klasycznym artykule „Feminizm i terapia rodzinna”.

Jeden z uczestników grupy dla rodziców, którego żona doprowadziła na zajęcia pod groźbą rozstania, został w tej grupie prymusem. Przeżył oświecenie, gdy okazało się, że psychologia to nie jakieś blablanie, ale wiedza, reguły, zasady komunikacji. I że to działa w praktyce! Gdyby inni też chcieli sprawdzić, a nie tylko nie wierzyć, świat wyglądałby dużo lepiej. Ale czy jest sens o tym pisać? Pewnie i ten felieton przeczytają wyłącznie kobiety.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »