Mit relacji, czyli po co ludzie są ze sobą

Bo się sobie spodobali, bo się w sobie zakochali, bo chcieli, bo tak jakoś samo wyszło – to najczęstsze odpowiedzi. Jednak, jeżeli zdecydujemy się przyjrzeć głębiej zagadnieniu więzi międzyludzkich, okaże się, że są one tworem wielowymiarowym, z którego wyodrębnia się mit relacji. Czyli coś, co łączy ludzi i prowadzi ich ku byciu razem w sposób unikalny i wyjątkowy.
O micie relacji dobrze jest myśleć właśnie wielowymiarowo. Jeden z wymiarów to poziom otaczającej rzeczywistości, nasza codzienność. Patrząc z tej perspektywy, dwoje ludzi spotyka się, aby wypełnić określone role społeczne, środowiskowe czy kulturowe: zostać mężem, synową, głową rodziny, matką, poprowadzić wspólnie odziedziczony majątek, wychować następców. Tutaj łączą ludzi między innymi: potrzeby i oczekiwania, formalności, rytm zajęć, podobieństwa, upodobania, systemy wartości, poglądy. Na tym poziomie spotyka się kobieta z mężczyzną. Dążą oni, poprzez niemal ciągłe, a tym samym niezwykle intensywne zetknięcie do doświadczenia własnej i odmiennej płciowości, tak jak jest ona zdefiniowana przez czas i okoliczności. W końcu, na codziennej płaszczyźnie, relacja wydarza się również po to, aby zostały wypełnione określone role i aspekty psychiczne – aby została zrealizowana potrzeba bliskości, oparcia, poczucia bezpieczeństwa, aby on na przykład mógł się poczuć obrońcą, a ona nieporadną kobietą.

Następnym wymiarem mitu relacyjnego jest odrobinę tajemniczy poziom snu psychicznego. Tutaj, w milionie codziennych sytuacji, uczymy się i poznajemy – siebie nawzajem i siebie samych takich, jakich nie jesteśmy świadomi. Dotykamy naszych cieni, niechcianych, nieakceptowanych aspektów i części osobowości. W ten sposób odrobinę uchylamy masek, zaglądamy głębiej. Próbujemy poszerzyć tożsamość, stać się bardziej pełnią. Dzieje się to mniej więcej tak, że zupełnie mimowolnie nakładamy na osoby, z którymi tworzymy relację, pewnego rodzaju wyobrażenia. Są one trochę podobne do