Po co nam dziś małżeństwo?

A ludzie chcą myśleć tylko o sobie, być wolni.

Ludzie przecież zawsze głównie myśleli o sobie i tu się wiele nie zmieniło, tyle że kiedyś mieliśmy dosyć zawężone możliwości działania i decydowania. Za komuny było z jednej strony trudniej, bo mieliśmy ograniczenia, ale z drugiej – łatwiej, bo był mniejszy wybór. Paradoks polega na tym, że kiedy mamy dużo możliwości, czujemy się niekomfortowo, bo nie wiemy, na co się zdecydować, gubimy się, popadamy nawet w paraliż decyzyjny, zwłaszcza jeśli chodzi o tak ważną sprawę jak wybór partnera życiowego. Dzisiaj młody człowiek może wyjechać za granicę albo się wyprowadzić do innego miasta, pracować albo zostać wolontariuszem, związać się z kimś albo być singlem, mieć dzieci albo nie. Nie ma gotowego powszechnego szablonu, z którego można by skorzystać. Sto lat temu młody człowiek na ogół szedł w ślady swoich rodziców – zostawał aptekarzem albo kowalem, uprzednio kształcąc się w tym kierunku. Dzisiaj mamy zupełnie nowe zawody, młody człowiek kończy kilka uczelni i nie wie, co robić, próbuje raz tego, raz tamtego, przeskakuje z jednego zawodu do innego, ale również z jednego związku do drugiego. Zdaje sobie sprawę z tego, że życie jest jedno, i chce je dobrze przeżyć. Kiedyś bardziej naturalne było spędzenie całego życia u boku jednego partnera, i to nawet wtedy, kiedy w tym związku nie działo się najlepiej. Ludzie woleli cierpieć niż się rozwieść, bo rozstanie było źle widziane. Dzisiaj mamy dużo opcji zawierania znajomości, choćby poprzez portale społecznościowe. Gdy obecny partner drażni, jest nudny czy niemiły, ludzie zanurzają się w świat wirtualny. Tam szukają pocieszenia, zrozumienia, odskoczni. Gdy w tej przestrzeni pojawi się ktoś interesujący, kto zagaduje i zaprasza na kawę, to mówimy obecnemu partnerowi: „pa, pa”, i wchodzimy w nową relację. A jak ta relacja się znudzi, to w kolejną. To wszystko powoduje, że nie mamy potrzeby nawiązywania silnych więzi z drugą osobą, tym bardziej formalizowania związku.

Nie bez znaczenia wydaje się mniejszy wpływ Kościoła na nasze życie.

Tak, wielu ludziom, zwłaszcza młodym, nie po drodze z Kościołem, a nawet jeśli już, to nie w kwestii zawierania małżeństwa. Uważają, że Kościół nie powinien wypowiadać się na temat relacji między kobietą a mężczyzną, rozwodów, konfliktów w rodzinie. Ich zdaniem księża zawodzą jako edukatorzy, w dodatku sami nie są bez grzechu, co sprawia, że są niewiarygodni w namawianiu do zawierania ślubu. Ponadto wielu młodym nie podoba się sama ceremonia – kosztowna, kiczowata, zakłamana – bo trzeba zapraszać ciotki, z którymi nic ich nie łączy, zakładać wianek, podczas gdy obok stoi nieślubne dziecko. To wszystko budzi opory przed wypowiadaniem jakichś sztucznie brzmiących formułek. Kiedyś ludzie zawierali małżeństwa tylko dlatego, że w wielu środowiskach nie było zgody na wspólne mieszkanie bez ślubu. Teraz nie ma z tym problemu, więc nie ma też zewnętrznego bodźca do formalizowania związku. Ludzie kalkulują chłodno, że to do niczego nie jest im potrzebne.

Jakie mogą być tego społeczne konsekwencje?

Nie obawiałbym się tego, że ludzie nie zawierają formalnych związków małżeńskich, tylko tego, że w ogóle nie wchodzą w długotrwałe związki. To chyba o wiele groźniejsze, nie tylko jeśli chodzi o demografię, ale przede wszystkim ze względu na to, jak bardzo potrzebne są nam bliskie relacje, dla naszego dobrostanu. Młodzi ludzie mają opory przed tworzeniem silnych więzi, zbyt lekko traktują związki, a to z kolei może spowodować po latach przykrą konstatację, że nie mają wokół siebie nikogo, na kim mogliby się oprzeć w trudnych sytuacjach. A od samotności do depresji tylko mały krok.

Co może stać się wtedy w skali makro?

Jeżeli spojrzymy na to zjawisko z góry i zobaczymy kraj, w którym brakuje silnych bliskich więzi, relacje są powierzchowne, a ludzie skoncentrowani tylko na sobie, to niczego dobrego to nie wróży. W krajach Europy Zachodniej relacje między ludźmi są o wiele słabsze niż w Polsce, tam patrzy się na nas wciąż z podziwem, ale u nas więzi międzyludzkie stają się podobne. Choć w wielu krajach, np. w Niemczech, dość dobrze sobie z tym radzą. Istnieje cały system opieki nad samotnymi seniorami. U nas takich programów nie ma, więc jesteśmy szczególnie zagrożeni samotnością w starszym wieku. Ludzie bez rodziny wchodzący w jesień życia nie będą wiedzieli, co mają ze sobą począć, a wtedy może pojawić się fala depresji. Myślę, że tendencja do niezawierania małżeństw może być w pewnym stopniu efektem tego, że ludzie za wszelką cenę dążą do osiągnięcia sukcesu, chcą niejako nadrobić czas i dogonić Zachód. Mam jednak nadzieję, że w końcu wypracujemy jakiś balans między samorealizacją a budowaniem więzi.