Poświęcenie, czyli miłość a miłość własna

fot.123rf

To dziś tabu. Tymczasem w życiu bywa pod górkę, bo ona albo on traci pracę, zdrowie, rodzi im się dziecko, które wymaga opieki. Co wtedy z naszym rozwojem, ambicją, związkiem? Czy czas na stare dobre poświęcenie, czy nowoczesne: „Żegnaj, kotku, świat czeka na mnie!” – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.
W ostatnich latach nieźle się dostało idei poświęcenia. Modne jest: „myśl o sobie”. Ale tylko do miłości własnej nie trzeba nam nikogo. Gdy jednak obok nas pojawi się druga osoba, to ryzyko, że coś zakłóci nasze plany, dwukrotnie wzrasta.

Życie to nie zakupy w galerii. Niestety, hedonistyczno-konsumpcyjna ideologia infekuje nasze związki. Rozmawiamy o tym szczegółowo w książce „Życie w micie”. Tu warto jednak wskazać najważniejszych sprawców kryzysu miłości. Należy do nich powszechne i fałszywe przekonanie, że życie z kimś ma służyć wyłącznie temu, by było fajnie, ciekawie i miło. Gdy więc odczujemy, że ten projekt nie realizuje się, wypowiadamy umowę. A nawet żądamy odszkodowania za sponiewierane nadzieje i złudzenia. Jesteśmy oburzeni i rozczarowani, że nasz kontrahent nie wywiązuje się z obietnic. Nie dostarcza produktu Piękne Miłe Życie (nazwa handlowa PIMIŻ). Myślę, że to jest główna przyczyna tak częstych rozstań i rozwodów.

Może jest nią też powszechność nieformalnych związków?

Nie przypisuję magicznej mocy ceremoniałom i publicznym przysięgom. Tym bardziej że dzisiaj przysięgi, papiery i podpisy już prawie nic nie znaczą. Liczy się tzw. skuteczność w osiąganiu celów. Po trupach innych – a nawet po swoim własnym moralnym trupie. Ale jednak podczas tych ceremonii można usłyszeć paragraf mówiący o tym, że zobowiązujemy się nie zrywać zawieranej umowy nawet wtedy, gdy druga strona z jakichś powodów nie będzie dostarczać nam PIMIŻ-u. Ten paragraf – jeśli go usłyszymy i zrozumiemy – może nas urealnić i sprawić, że tak łatwo nie wymiękniemy w trudnych okresach. Ale też większość z nas w czasie ceremonii znajduje się w stanie maniakalnego odlotu. Niewiele słyszy i widzi. Nie do końca rozumie, o czym mówi małżeńska przysięga. A jeśli nawet rozumiemy, to i tak jesteśmy przekonani, że komu jak komu, ale nam z pewnością nic nie zakłóci stałej dostawy PIMIŻ-u.

Ale kłopoty, a nawet nieszczęścia to najbardziej demokratyczna forma ingerencji losu w nasze życie. Mają je wszyscy. 

Odporność związku na kryzysy wzmocni pojmowanie go jako skojarzonego przez tzw. siłę wyższą. Ale to wymaga mocnej wiary. Czasami niefortunnie mylonej z całkowitym wyrzeczeniem się odpowiedzialności za swoje wybory i decyzje. Bycie w długim związku wymaga nieustannej uwagi i odwagi, a także odporności, siły, cierpliwości, elastyczności, zaufania i wzajemnego szacunku. Tak wyraża się miłość – szczególnie w czasach kryzysu. Siła wyższa tego za nas nie załatwi. Co więcej, jeśli jedna lub obie strony całkowicie zaprzestały dostarczania PIMIŻ-u, a w zamian uporczywie dostarczają cierpienia, upokorzenia i destrukcji, to nie należy się wahać przed wzięciem odpowiedzialności za rozwiązanie umowy.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »