Takiego już cię nie chcę: jak się rozstajemy

fot. Getty Images/ Gallo Images

Rozstanie nie musi być porażką i końcem marzeń o miłości. Pora spojrzeć na nie jak na próbę zawalczenia o własne szczęście i szansę na nowy początek. Także z tym samym partnerem… Psychoterapeutka Katarzyna Miller tłumaczy, po czym poznać, czy bycie razem bardziej nam szkodzi niż służy.

Czy rozstanie może nas uszczęśliwić bardziej niż pozostanie w związku?

Zdecydowanie tak. Oczywiście jeśli jest nam w tym związku niedobrze i kiedy jest nam niedobrze w taki sposób, który właściwie niespecjalnie nadaje się do poprawy.

Skąd wiedzieć, że poprawy już nie będzie?

To właśnie najtrudniej stwierdzić, jak mawiają „nadzieja umiera ostatnia”, więc w nadziei na to, że coś się jednak poprawi, ludzie latami tkwią w nieudanych, a czasem też krzywdzących związkach. Są w nich też z innych powodów. Światopoglądowych – wierzą w jeden związek na całe życie, psychologicznych – boją się być sami albo nie wierzą, że jeszcze coś dobrego im się przydarzy, ale też finansowych – mają wspólną firmę czy duży kredyt.

Albo mają dzieci…

Nigdy nie wierz ludziom, którzy mówią, że są razem z powodu dzieci. To tylko przykrywka emocjonalna. Oczywiście wiele kobiet żyje tylko dla dzieci, ale to jest przykrywka w tym sensie, że zwalnia je z zajęcia się sobą, swoim życiem. Dzieci mówią: „Mamo, po co ty z nim wciąż jesteś?! Przecież on cię nie szanuje”. „No ale ja chcę, żebyście wychowywali się w pełnej rodzinie”. Tylko co to za rodzina? Oczywiście tak odpowiadają zwykle kobiety bardzo zniewolone, które nie widzą innego wyjścia z sytuacji, co w psychologii nazywamy widzeniem tunelowym. Natomiast osoby, które są w miarę przytomne i w miarę komunikujące się ze swoim „ja”, wiedzą, kiedy wyczerpały już zapas swoich umiejętności adaptacji czy wpływu na partnera.

Znam bardzo dużo kobiet, które się rozstały z mężem i mówią o sobie: „Jestem szczęśliwie rozwiedziona”. Pojawia się w nich duma z siebie, samosprawczość oraz ogromna dawka energii, która wcześniej szła na zaciskanie zębów, próby zmian czy miotanie się. Taka kobieta wreszcie może odetchnąć pełną piersią, zwłaszcza że w efekcie rozstania albo to on się wyprowadził, albo ona zmieniła miejsce zamieszkania. Maluje wtedy ściany tak jak chciała, kupuje nowe rzeczy, sadzi kwiatki w doniczkach, bierze psa, na którego on się nie zgadzał – ma poczucie czystości, świeżości, odświętności. Opowiada: „Nikt mi niczego nie zabrania, nikt się ze mną nie kłóci, nikt mi nie mówi, co mam robić”.

Według statystyk większość pozwów o rozwód wnoszą kobiety.

No jeśli kobieta już czegoś nie wytrzymuje, to znaczy, że naprawdę jest kiepsko. Bo baby są w stanie znieść strasznie dużo, a zanim się rozstaną, upewnią się, że naprawdę zrobiły wszystko, by ratować ten związek. Z jednej strony to słuszna postawa, bo po co mamy sobie po latach wyrzucać zbytnią pochopność, z drugiej strony to czekanie do granic wytrzymałości bardzo nas męczy. Oczywiście długość trwania związku jest jakąś wartością, ale nie za wszelką cenę i nie kiedy naprawdę dzieje się w nim źle.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »