Toksyczna kurtyna. Dlaczego tkwimy w nieudanych związkach

123rf.com

Dlaczego niektóre pary, mimo kłótni i nieporozumień, nie mogą się rozstać? Dlaczego równie mocno, jak kochać, potrafią się ranić? Przyczyną jest to, co psychologowie nazywają toksyczną kurtyną, czyli obszar zepchniętych do podświadomości deficytów z dzieciństwa.
W pomieszczeniu znajduje się grupa 20 ludzi, wszyscy są terapeutami i nigdy wcześniej się nie widzieli. Przez najbliższe dni będą uczestnikami grupy rozwojowej. Na samym początku, kiedy nie znają nawet swoich imion, zostają zaproszeni do tego, by wybrać spośród pozostałych uczestników kogoś, kto przypomina im osobę z ich rodziny, kto do niej by pasował, kto mógłby wypełnić puste miejsce, psychologiczną „lukę”. Gdy wszyscy dobiorą się w takie pary, jest czas na porozmawianie o motywach, które skłoniły ich do tego wyboru, a następnie o swoim środowisku rodzinnym. W dalszej części pary łączą się w czwórki, które staną się rodziną, a każda z osób ma przyjąć w niej konkretną rolę.

To ćwiczenie, nazywane „ćwiczeniem układów rodzinnych”, pokazuje, że w grupy dobierają się osoby pochodzące z rodzin, które funkcjonowały w bardzo zbliżony sposób. „Na przykład cała czwórka stwierdza, że pochodzi z rodziny, w której były trudności z okazywaniem uczuć; albo na przykład z wyrażaniem złości czy zazdrości, albo gdzie oczekiwano od każdego, że będzie stale wesoły i pełen optymizmu” – pisze w książce „Żyć w rodzinie i przetrwać” Robin Skynner, psychiatra, specjalista w zakresie terapii rodzinnej.

Czasami w trakcie ćwiczenia okazuje się, że cała czwórka straciła na ważnym etapie życia mamę, ich ojciec był przez jakiś czas nieobecny lub każde z nich przeżyło w dzieciństwie dużą stratę. Oczywiście, można by zanegować wyniki ćwiczenia, twierdząc, że osoby te miały za zadanie szukać podobieństw. Ale przeczą tej tezie ci wszyscy, którzy niechętnie brali udział w ćwiczeniu, nie wybrali nikogo, po prostu zostali sami na środku sali. Gdy Robin Skynner po raz pierwszy przeprowadził ten eksperyment, napisał: „nagle zacząłem się martwić, że osoby, które znalazły się razem jako ostatnie, będą miały poczucie, że są z odrzutu”. Okazało się, że ci wszyscy „z odrzutu” wychowali się w rodzinach zastępczych, domach dziecka albo byli adoptowani.

Kryterium doboru

W latach 50. Henry Dicks, pionier terapii małżeńskiej, opisał trzy powody, dla których ludzie dobierają się w pary. Pierwsze są motywy społeczne, takie jak pieniądze, pochodzenie, religia, status. Drugą kategorię stanowią indywidualne względy, takie jak wspólne zainteresowania, cechy charakteru, atrakcyjność fizyczna. Ostatnią – nieświadomy pociąg prowadzący do tzw. ślepego zakochania, powodowany silnym przekonaniem, że odnaleźliśmy właśnie TĘ osobę. Tak naprawdę, na nieświadomym poziomie, rozpoznaliśmy w tej osobie kogoś ze swojej rodziny. A ponieważ swoją rodzinę nosimy wszędzie ze sobą, wszyscy o podobnej psychologicznej historii także mogą nas rozpoznać.

To żadna magia, tylko logiczny, psychologiczny mechanizm. Podobnie każdy z nas bez trudu jest w stanie rozpoznać atmosferę panującą w pokoju, do którego właśnie weszliśmy, a w którym przed chwilą pokłóciła się dwójka osób. Im bliżej jesteśmy danej osoby, im bezpieczniej się przy niej czujemy, tym szybciej jesteśmy w stanie rozpoznać jej nastrój przez samo spojrzenie w oczy, na twarz. A sygnały wysyłamy cały czas, również sposobem chodzenia, siadania, tonem głosu, tym, jak budujemy zdania, jak sięgamy po kubek z herbatą.

Zakochujemy się i tworzymy nową rodzinę na zasadzie ukrytych podobieństw, które rozpoznaje nasza nieświadomość. Wszystko przez kurtyny, czyli bariery, jakie dla pozornego bezpieczeństwa tworzy nasza psychika. Za nimi instynktownie chowamy wstydliwe uczucia, spychamy traumy i przykre doświadczenia. W nadziei, że – schowane – nie będą miały na nas wpływu. Paradoks polega na tym, że mają, i to większy, niż gdybyśmy przyjęli je do wiadomości.

Para z defektem

Są małżeństwem od 19 lat, z czego 18 spędzili na kłótniach. Poznali się w pracy, na wyjeździe integracyjnym. Podczas tzw. rundek rozpoczynających i kończących dzień jako jedyni odmawiali dzielenia się swoimi emocjami. Po trzech miesiącach od poznania, wypełnionych szczęściem, seksem i poczuciem zupełnego zjednoczenia, pobrali się. On podziwiał jej elokwencję, to, jak stawiała granice swoim koleżankom i jak gardziła serialami, telewizją i damskimi fatałaszkami. Ona uwielbiała jego błyskotliwość, poczucie humoru, cynizm, którym wygrywał każdą dyskusję, oraz niezwykłą zaradność. Jednak już kilka tygodni po ślubie rozpoczęły się ciche dni, poprzedzone gwałtownymi wybuchami, często krzykiem, słowami pełnymi ocen i wyzwisk. I jego, i ją łatwo zranić, nie tylko słowem, również spojrzeniem. W każdym z nich tkwi bowiem pragnienie miłości, czułości, którym nie zostali nakarmieni w dzieciństwie. Ona pochodzi z rodziny alkoholowej, a on był ofiarą przemocy.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »